piątek, 30 grudnia 2016

[50.] Nieobecni.

„Nie ma Ciebie, nie ma mnie
Świat nie istnieje, skończył się
Do chwili, gdy się znów… Spotkamy”



Powiadają, że wtedy kiedy wydaje nam się, że wszystko się skończyło, wtedy dopiero wszystko się zaczyna. Czy była to jakaś większa, życiowa prawda ukryta w tym niepozornym zdaniu? Czy jedynie powiedział to mało znany ktoś, pod wpływem zbyt dużej ilości alkoholu we krwi? Nie wiadomo. Początkowo te parę fraz wydaje się wręcz nieskładnym nonsensem wyjętym z jakiegoś głębszego kontekstu. Dopiero z czasem, po wypowiedzeniu ich na głos kilka razy pod rząd, coś zaczyna przez nie przemawiać. Niepozorne słowa zaczynają nabierać większego znaczenia, który aż niepoprawnie dobrze oddaje tak wiele życiowych uczuć, emocji, momentów i chwil. I okazuje się, że nie jest ważne kto je wypowiedział i kto pierwszy odkrył ten paradoks świata. Ważne, że te słowa prędzej czy później będą dotyczyły każdego z nas, w najróżniejszych sferach życia. 

Zawsze tak było.
Tam gdzie coś się skończy, coś innego się zaczynie. W miejsce starego uczucia pojawi się nowe, w miejsce jednego człowieka przyjdzie drugi człowiek…
Jedynym wyjątkiem jest miłość. Miłość, którą wnosi do naszego świata ktoś kto jest obok. Tak po prostu. Osoba, która oddaje nam swój czas. Która odbiera od nas telefony. Która dotrzymuje słowa i odprowadza do domu. Tylko takiej miłości nie da się zastąpić drugą. Bo jedynie prawdziwa miłość zaczyna się od obecności i tylko do niej się sprowadza.

                                                                                

                                                                           ***

Niemożliwe? Nie ma takiego słowa, a przynajmniej nie występowało w  jego prywatnym słowniku wyrazów godnych zapamiętania, czy też ewentualnego poznania. 

Odkąd tylko pamiętał szkolono go do misji i zadań określanych mianem tych nierealnych, znacznie wykraczających granice ludzkich możliwości i wytrzymałości. Kochał wyzwania, były dla niego jak chleb powszedni, jak kropla wody na pustyni, niczym głęboki oddech po zbyt długim przebywaniu pod wodą. Uwielbiał to uczucie, ten zastrzyk adrenaliny pulsujący w żyłach, dreszcz emocji biegnących po rozgrzanej skórze.
Delektował się nim za każdym razem.  

Był najlepszy w tym co dotychczas robił. Nigdy zresztą nie wyobrażał sobie by mógł kiedykolwiek przestać. Nauczył się walczyć o swoje szybciej niż potrafił samodzielnie wiązać sznurówki. Walka do ostatniego tchu była dla niego czymś tak błahym jak zbieranie muszelek na plaży i budowanie babek w piaskownicy. Miał wszystko czego pragnął i potrzebował, a gdy było inaczej - prędko to zdobywał. Dla niego nigdy nie było rzeczy niemożliwych. Zawsze tak było. Do teraz.
Teraz, to co nasłał na niego los zdawało mu się być tak kurtuazyjne, że aż sam sobie nie wierzył, gdy przed lustrem wciąż odtwarzał te parę słów, wypowiedzianych kilka dni temu przez równie starego, co zwariowanego profesora Dumbledore’a.  
- Gotowy?
Gdzieś obok siebie usłyszał głos Zabiniego, który mimowolnie wyrwał go ze stanu nieważkości i  dziwnego zamyślenia. Uniósł usta w wyrazie arogancji zmieszanej z ironią, ostatni raz poprawiając przy tym kołnierzyk czarnej koszuli.  Zdążył się odzwyczaić od szytych na miarę garniturów i eleganckich koszul, chociaż czuł się w nich niepoprawnie dobrze. Zupełnie jak właściwy człowiek, na właściwym miejscu, czy też w tym przypadku – we właściwych ubraniach. W końcu praca, którą przez ostatnie sześć lat, niechlubnie świadczył na rzecz Ministerstwa,  zobowiązywała go do zupełnie odmiennego stroju. W jakimś stopniu czuł ulgę, że te czasy już minęły, chociaż te które nadchodziły wcale nie zapowiadały się spokojniej. Spojrzał na Zabiniego z aprobatą, szarmancko przy tym zaczesując krótkie, niesforne włosy. Czy był gotowy? Bał się odpowiadać na to pytanie, wiedział za to coś innego.
- Oni na pewno będą mniej gotowi niż ja.
Blaise uśmiechną się do niego szczerze jednak w żaden sposób nie skomentował tych słów. Jedynie jakby dla otuchy, a jakby ze zwykłego, przyjacielskiego gestu poklepał blondyna lekko po ramieniu. Całą  drogę od jednego z pokoi Ministerstwa Magii do dzielącego ich gabinetu, prowadzącą przez długi korytarz, przeszli już w ciszy. Zdawało się, że słowa były zbędne. Powrócili do życia. Sami nie mogli się do tego przyzwyczaić i wiedzieli, że innym również nie będzie łatwo. Świat nie był gotowy na ich powrót, a na pewno nie ci, których bez słów wyjaśnień, opuścili wiele lat temu.

                                                                              *

- Wciąż nie rozumiem dlaczego cię nie wybrali.
Nadpobudliwy, rudowłosy przedstawiciel rodziny Weasley’ów już od dobrych kilku minut nerwowo kręcił się po gabinecie, w kółko i do znudzenia powtarzając to samo zdanie, jakby w jakikolwiek sposób miało mu to pomóc zrozumieć świat i ostatnią decyzję Ministerstwa Magii, która jednogłośnie wybrała nowego szefa Aurorów i ku ogromnemu zdziwieniu, a nawet rozczarowaniu całego społeczeństwa czarodziei, nie został nim Wybraniec. Decyzja ta była co najmniej niezrozumiała, zwłaszcza, że nawet wieloletnie określanie Harrego mianem „Wybrańca”  wskazywało na to, że powinien być wybierany na wszystko i do wszystkiego. Zawsze. Zwłaszcza w tym przypadku. Nie potrafił zrozumieć dlaczego tym razem stało się inaczej.
Harry nigdy nie był pretensjonalnym człowiekiem. Ba! Spokój i opanowanie wręcz  biło od niego na kilometry.  W tym przypadku również nie było różnicy. Decyzję Ministerstwa uszanował i przyjął ze zrozumieniem i aprobatą. Jedyne czego nie pojął to postawy przyjaciela, który nie mógł zrobić tego samego co on. Z politowaniem wywrócił oczami, nabierając w płuca odrobinę więcej powietrza.  Mimochodem opadł na pobliski fotel, do reszty znudzony mało rozbudowanym monologiem swojego  towarzysza, którym zresztą rudy katował go w każdym możliwym miejscu i czasie. 
- Daj już spokój Ron.
Wypowiedziane od niechcenia słowa Harrego odniosły skutek odwrotny do zamierzonego. Bo o ile Potter naprawdę szczerze i naiwnie sądził, że to proste polecenie Ron bez problemu zrozumie i błyskawicznie wykona, to w efekcie końcowym sprowokowało go jeszcze bardziej. Jak porażony prądem, gwałtownie odwrócił się w jego stronę marszcząc przy tym ostentacyjnie brwi, jakby chciał tym samym zarzucić Wybrańcowi  stanie po stronie wroga, którego (o ironio) nawet jeszcze nie poznali.
- Co daj spokój? Jakie daj spokój? Większość pracowników Ministerstwa stawiało na to, że po odejściu Gawaina Robardsa to ty zajmiesz jego stanowisko, a nie jakiś  frajer, o którym nawet nikt nie słyszał. Pewnie jakaś piąta woda po kisielu kogoś ważnego z Ministerstwa. Wszędzie szerzą się plecy i korupcja, nawet tu psia mać!
Potter z politowaniem spojrzał gdzieś w bok, odruchowo przejeżdżając dłonią po czole, ignorując przy tym wyczuwalną bliznę sprzed wielu lat. Czasem miał wątpliwości czy bardziej bawiła, czy jednak załamywała go postawa przyjaciela i jego doszukiwanie się spisków i afer zawsze i wszędzie.
- To i tak nie byłaby praca dla mnie.
Niewyraźne, w dodatku bezemocjonalne stwierdzenie Wybrańca podziałały na Rona jak czerwona płachta na rozwścieczonego byka.
- Jak to nie?! Jesteś najlepszym Aurorem do cholery!
Ciemnowłosy po raz kolejny tego dnia wzruszył od niechcenia ramionami, patrząc na przyjaciela z dziecięcą bezradnością w oczach.
- Widocznie pojawił się ktoś lepszy.
Ron gwałtownie machnął na niego ręką, majestatycznie odwracając się gdzieś w bok i stawiając przy tym parę nerwowych kroków.
- Nie obchodzi mnie to.
Jego burknięcie brzmiało jak foch dziecka, któremu właśnie ktoś zabrał ulubioną zabawkę lub zabronił zjeść całą czekoladę.
- Och uspokój się Ron, co się tak tym bulwersujesz?
- Wiesz ile na ciebie kasy postawiłem?!
Gwałtowny krzyk rudowłosego Harry skomentował  jedynie mocnym uniesieniem brwi i karcącym wzrokiem, który rudy jak nigdy odczuł na swojej piegowatej skórze.
-Roooon?  Znowu wróciłeś do hazardu? Zobaczysz, powiem o wszystkim Jane.
Harry uniósł palec jakby w ostrzegającym geście, co Weasley skwitował wątpiącym wyrazem twarzy.
- O ile pamiętasz poznałem ją w kasynie. Raczej nie zrobisz na niej zbyt dużego wrażenia.
Przez chwilę na twarzy Pottera malował się wyraz zawieszenia połączonego z rozkojarzeniem, zupełnie jakby analizował słowa przyjaciela i fakt, że chcąc nie chcąc naprawdę musi przyznać mu rację. Z drugiej strony chyba wciąż był pod wrażeniem faktu, że od czasu (nie)zapomnianej Hogwarckiej imprezy w stylu Las Vegas, Ron nie tyle co utrzymał kontakt z dzieciatą Jane, ów którą poznał  w klubie ze striptizem, ale nawet ostatnio tą osobliwą znajomość sformalizował oświadczając się oraz wprowadzając do niej i jej już 6 letniego synka. I mimo różnych, nieraz negatywnych opinii zarówno ze strony przyjaciół jak i rodziny, wszystko wskazywało na to, że był to równie udany, co specyficzny związek.
Przez chwilę Wybraniec wspominał jeszcze dawne czasy, których obrazy niespodziewanie zaczęły pojawiać mu się przed oczami, jednak równie szybko zganił się za tę chwilę słabości. W końcu był w gabinecie świeżo upieczonego szefa Aurorów, który mógł przyjść w każdym momencie, nie wypadało by tracił kontakt z rzeczywistością w takim miejscu i takiej chwili.
- Nie ważne. 
Rzucił jeszcze od niechcenia, komentując poprzednią rozmowę, przy okazji  poprawiając  się w czarnym skórzanym fotelu, usytuowanym na wprost potężnego dębowego biurka. Siedział na nim bez większego zaangażowania, chociaż gdzieś w tym wszystkim dało się wyczuć aurę napięcia zmieszanego z nutą niepewności i zdezorientowania. Ron jeszcze przez chwilę kręcił się nerwowo po obszernym gabinecie, aż w końcu znudzony odwrócił się do przyjaciela. Odpuścił.
- Wiesz kogo wybrali?
Z chwili zadumy i refleksji nad całym swoim życiem i obecną sytuacją polityczno-gospodarczą świata, Harrego wyrwało podejrzanie ciche pytanie rudowłosego. Zmarszczył nos kiwając przy tym głową na znak zaprzeczenia.
- Nie mam pojęcia. W dodatku nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nawet nie chce tego wiedzieć. 
Nim Ron Weasley zdołał wypowiedzieć choćby jedno słowo, z korytarza dobiegły ich dudniące odgłosy pewnych kroków, a sekundę później drzwi od gabinetu otworzyły się z impetem, niemal tak jakby nowoprzybyły zamierzał wyrwać je z zawiasów.
- Siema Potter. Kopę lat.
Znajomy głos rozniósł się po gabinecie. Bardzo znajomy, choć zapomniany. Głos, którego nie słyszeli już od sześciu długich lat i  szczerze powiedziawszy nie sądzili, że jeszcze kiedykolwiek, gdziekolwiek  usłyszą. Szok zmieszany z niedowierzaniem odebrał im całą pewność siebie, przytępił podstawowe funkcje organizmu  i zdolność poprawnego wysławiania się.
Zamarli w miejscach jakby ktoś niespodziewanie i bez ostrzeżenia rzucił w nich drętwotą. 
Nie wiedzieli ile czasu minęło nim zdobyli się na cokolwiek, choćby na przełknięcie śliny i pozbycie się tej dziwnej guli, która nagle stanęła im w gardle. Pierwszy ocknął się Ron, który niemal spanikowany odwrócił się za siebie przekonany, że własny umysł wystawił go na jakąś okrutną, emocjonalną próbę.  Widok jaki zobaczył wprawił w dziwne drganie jego klatkę piersiową.  I chociaż jego organizm odmówił mu posłuszeństwa, a umysł nie funkcjonował prawidłowo to jednego był pewien – tak właśnie wyglądał stan przedzawałowy.
Harry nie odwrócił się za siebie, nic również nie odpowiedział. Zignorował wszystko i wszystkich, nawet mdlejącego przyjaciela. Nie wiedział co poczuł w danej chwili. Nie spodziewał się tego głosu tu, teraz, w takim miejscu i o takim czasie. Chociaż gdzieś w tym wszystkim, jakiś cichy głos w jego głowie, jakieś niewyjaśnione przeczucie, czy też zwykła ludzka intuicja, nie wiedział co to było jednak to coś już od sześciu lat podpowiadało mu, że jeszcze kiedyś go usłyszy.  Niemal apatycznie przymknął powieki, nie mogąc zapanować nad kącikami ust, które mimowolnie wykrzywiały się w zadowolonym uśmiechu. 
Co czuł? Chyba po prostu ulgę. Niespodziewane odejście sprzed laty Dracona i Blaise’a, którego nikt z wyżej postawionych czarodziei nie chciał komentować ani wyjaśniać, nie pozostawiało innym zbyt dużo wiary i nadziei na ponowne spotkanie, zwłaszcza tym, którzy najbardziej tego pragnęli. 
Był w tej grupie, oczywiście że tak. Wydarzenia na błoniach i rola jaką Malfoy wraz z Zabinim odegrali podczas bitwy na dziedzińcu Hogwartu utwierdziła go w przekonaniu, że są  zupełnie inni niż wcześniej sądził.  Nie było mu tylko dane poznać ich bliżej i lepiej, czego zresztą nie mógł odżałować przez te wszystkie lata. 
Byli wrogami, kiedyś. Zdawało się, że te czasy już dawno temu odeszły w niepamięć. 
Teraz cieszył się, że wrócili.  Tak po prostu.
Nie spodziewał się jedynie, że powrót Dracona wywróci cały świat do góry nogami, zwłaszcza życie jego kasztanowłosej przyjaciółki.  Wtedy jednak o tym nie myślał, bo skąd mógł o tym wiedzieć?
Nim obaj, dawni już przedstawiciele Domu Lwa, zdołali choćby w minimalny sposób oswoić się z tą sytuacją, dziedzic arystokratycznej, zapomnianej już rodziny Malfoy’ów usiadł na wielkim skórzanym fotelu przy biurku, na którym  majestatycznie widniała duża, drewniana tabliczka z hasłem „Szef Biura Aurorów”. Zabini jak najwierniejsza sekretarka, czy też w tym przypadku sekretarz, stanął obok niego nie mogąc powstrzymać wciąż pojawiającego się na twarzy szczerego uśmiechu ni to rozbawienia ni przyjacielskiego powitania.
- Bez jaj.
Gdzieś w przestrzeń wzbił się ten patetyczny komentarz wypowiedziany przez rudowłosego ex  Gryfona, łapiącego się dłonią za rozgrzane czoło z dozą aktorskiego ubolewania i stanu agonalnego. Harry pokiwał głową na znak zaprzeczenia jakby wciąż nie mógł uwierzyć w to, że ich widzi. Tu i teraz, całych i zdrowych, na takiej pozycji, z tym ich wiecznym Ślizgonowatym sposobem bycia.  Wstał z fotela z cichym komentarzem sarkazmu zmieszanego z rozbawieniem.
- Malfoy, ty stary skurw.. 
Nim dokończył myśl przerwał mu blondyn kiwając palcem na znak ostrzeżenia.
- No no Potter, w tym gabinecie nie przeklinamy. 
Dawni rywale mierzyli się przez chwile poważnymi spojrzeniami by w ostateczności uśmiechnąć  się do siebie nawzajem i chociaż obaj bardzo się starali to jednak nie potrafili sprawić by uśmiechy te stały się aroganckie i zawistne. Draco wstał nieoczekiwanie, bez zbędnego słowa wyciągając przed siebie prawą dłoń. Nie zdziwiło go, że sam z siebie zdobył się na ten gest, zdziwił się, że przyszedł mu on z taką łatwością. Widząc jednak aprobatę na twarzy dawnych przeciwników utwierdził się  w przekonaniu, że tak właśnie powinien się zachować. Wymienili między sobą uściski dłoni i chociaż jeszcze nigdy nie wykonali w stosunku do siebie tak otwartego gestu, obaj mieli wrażenie, że właśnie tak zaczyna się początek ich równie specyficznej, co zażyłej znajomości, która z biegiem czasu miała przerodzić się w coś na wzór męskiej przyjaźni. Kto by pomyślał, że tak to się skończy? Chyba żaden z nich.
- Zaczynałem wątpić w to czy jeszcze żyjecie.
Wyznanie Harrego wywołało uśmiech na twarzy Zabiniego, który mimochodem przejechał dłonią po swoich kruczoczarnych włosach.
- Mamy się całkiem nieźle, chociaż chwilami faktycznie blisko nam było by przejść na drugą stronę.
Swoją myśl dokończył już ciszej opasając ją cichym westchnięciem zniechęcenia.
- Co się z wami działo? 
Ron spojrzał raz na jednego raz na drugiego szukając jakiejkolwiek odpowiedzi w ich gestach, spojrzeniach czy też nietuzinkowym zachowaniu.
- Tajemnica zawodowa Weasley.
Odczepna odpowiedź Malfoy’a wywołała zadziorny uśmiech na twarzy drugiego Gryfona.
- Ta sama tajemniczość co za szkolnych lat… Draco?
Sprowokowany określeniem jakim uraczył go Wybraniec,  blondyn odwrócił się w jego stronę kiwając zaczepnie głową. 
- Nawet większa…. Harry.
Przez chwile w gabinecie zapanowała niczym niezmącona cisza i mimo, że na twarzach wszystkich malował się jeden wielki uśmiech  to jednak  przyłapali się na tym, że zdecydowanie zbyt szybko opuścili gardy, które przecież przez tak wiele lat trzymali względem siebie. Uśmiechy zeszły z ich twarzy, chociaż klimat tego spotkania zdawał się być z minuty na minutę coraz lżejszy. Coraz bardziej przypominał spotkanie dawnych znajomych ze szkolnych lat niż wieloletnich wrogów, którymi przecież byli niemal do ostatniej chwili.
- Jak ci się udało co? Jak się znalazłeś tu i to na takim stanowisku?
Malfoy wręcz z olewniczą  postawą usiadł ponownie na swoim oficjalnym miejscu, rozsiadając się na fotelu szefa Aurorów niemal jak na osobistym tronie. I nawet jeśli wcześniej podchodził do tej decyzji Ministerstwa z niepochamowanym zażenowaniem i rozbawieniem, to teraz zaczynał ją w pełni akceptować zwłaszcza, że fotel okazał się wyjątkowo wygodny, a pozycja przełożonego pozostałych czarodziei zdawała się dawać wiele możliwości. Brakowało tylko seksownej sekretarki. Póki co musiał mu w tej roli wystarczyć Blaise. 
- Szczerze? Sam nie wiem.
Ron zmarszczył brwi, nie do końca zadowolony z próby spławienia.
- Mógłbyś chociaż spróbować wiesz?
W odpowiedzi machnął od niechcenia ręką. Co prawda zmienił się na tyle by podać dłoń Wybrańcowi i rudemu, ale wciąż nie specjalnie lubił się uzewnętrzniać, a tym bardziej dzielić się z innymi tym co czuł i myślał, a tym bardziej co działo się w jego życiu, a przecież działo się w nim naprawdę sporo. Od zawsze wychodził z założenia, że niektórych rzeczy lepiej nie wiedzieć, to co działo się przez ostatnich sześć lat tym bardziej znajdowało się w tej kategorii. 
- To długa historia.
- Mamy czas.
Nieustępliwość Weasley’a i Pottera w jakimś stopniu zaczynała działać mu na nerwy. W normalnych warunkach pewnie na odczepnego rzuciłby w nich jakimś nieuprzejmym czarem, ale niezbyt pozwalał mu na to regulamin Ministerstwa, który kategorycznie zabraniał by robić to na terenie urzędu. Zwłaszcza jemu.
- Nie wydaje mi się. Wracać do pracy bo was pozwalniam.
I chociaż jego ton był w miarę możliwości żartobliwy to jednak widać było, że coraz bardziej podoba mu się to władcze stanowisko. Chyba był w stanie się przyzwyczaić do nowej roli jaką napisał mu ten rozdział historii. 
- Mamy wolne i tak się składa, że ściągnięto nas tylko dlatego byśmy zobaczyli, że naszym nowym szefem jest nasz „dawny znajomy”. Zasłużyliśmy na parę wyjaśnień Malfoy.
Draco zaśmiał się ironicznie odruchowo zapierając plecy o fotel. Spojrzał na Wybrańca z aroganckim półuśmiechem.
- Ach, brakowało mi tego twojego denerwującego głosu Potter.
- I vice versa Malfoy. Mów.
Poważny ton Wybrańca sprawił, że również on spoważniał.
- To strata czasu.
- To się świetnie składa bo akurat mamy czas do stracenia.
Czując na sobie wyczekujący wzrok rudego i Pottera jakby odpuścił. Jego sylwetka straciła na powadze, a on sam nieznacznie skinął głową na znak zaprzeczenie, pozwalając sobie na ciche westchnięcie rezygnacji.
- Nawet nie wiem od czego miałbym zacząć…
- Od początku.


                                                                           *



Chyba każdy z nas miał chociaż jedną, krótką chwile zwątpienia, w której pytał samego siebie co dalej, z pogodą, z nim, ze światem. Ona miała wiele takich zwątpień. Od sześciu la znacznie więcej niż wcześniej. Pytała samej siebie co noc przed zaśnięciem, o to jak będzie wyglądać jej następny dzień, tak jakby czuła, że gdzieś popełniła błąd. Długo okłamywała samą siebie, że wszystkie decyzje przemyślała, że robiła wszystko słusznie i zgodnie z tym co czuła i powinna. Jednak miała tą cholerną świadomość, że w któryś momencie nie odczytała drobnego znaku na drogowskazie, najzwyczajniej w świecie pobłądziła, skręciła w nie w tą stronę, w którą powinna, zignorowała znak stopu, zapomniała zatrzymać się na czerwonym świetle. Im więcej kroków robiła każdego dnia, tym ogarniało ją większe zwątpienie. Nie tak miało być, teraz to wiedziała. Mogła przecież  jeszcze zawrócić, tylko dlaczego wciąż tego nie robiła?

- Wychodzę za Ricka.
Miała świadomość, że powinna opleść te trzy wyniosłe słowa wiankiem wielkiej miłości i ogromnego szczęścia, zabrakło jej jednak na to siły i ochoty. Z dziwną pustką w głowie spojrzała na siedzącą przed nią przyjaciółkę, której drżąca dłoń nie poradziła sobie z utrzymaniem ciężaru filiżanki pełnej od kawy. Z ust rudowłosej Wesleyówny wyszło tylko jedno nieme pytanie „Jak to?”
Czuła na sobie wzrok przyjaciółki, która bez słów ganiła ją za podjętą decyzję. Ginny jak nikt inny wiedziała, że Hermiona wychodzi za mąż nie z miłości, ale z samotności. Zupełnie jakby ta decyzja miała zagłuszyć to co czuła już od wielu lat i nie osłabło z żadnym minionym dniem.
Ruda miała rację.
Nie tak miało być. Oczywiście, że nie. 
Zawsze myślała, że w takim momencie, przy wypowiadaniu tak ważnych dla kobiety słów, wraz z najlepszą przyjaciółką powinny rzucić się sobie w ramiona, upić się tanim winem jednocześnie przeglądając katalogi z sukniami ślubnymi,  słuchając przy tym pięknych piosenek o jeszcze piękniejszej miłości. Zamiast tego miała przyjaciółkę wpatrującą się w nią z dziwnym wyrzutem i siebie powstrzymującą łzy rozczarowania i niespełnienia.
Młoda Wesley wiedziała wiele, tak samo jak wiedziała, że nie z tym mężczyzną Hermiona powinna dzielić wspólną przyszłość, pościel oraz sny. Ona sama również to wiedziała.
Dlaczego się zgodziła? Chyba tamtego wieczora zaszkodziła jej lampka wina, ciepło kominka i nadmiar emocji. Dopiero następnego ranka przyszło opamiętanie. Rick jeszcze spał, a ona w bezruchu siedziała skurczona na łóżku obok niego, tempo wpatrując się w zaręczynowy pierścionek. Miała wrażenie jakby palił jej skórę. Ściągnęła go z palca i założyła ponownie dopiero gdy Rick się obudził. Wcale nie chciała go nosić, wcale się nie cieszyła. Nie tak powinna wyglądać świeżo upieczona narzeczona, na pewno nie tak jak ona. 
Czy go kochała? Bała się samej sobie zadawać to pytanie. Jeszcze bardziej bała się na nie odpowiadać.
Dlaczego w ogóle dopuściła go do siebie? Tego też nie wiedziała.
Może podświadomie bała się, że dla Dracona tamta noc była taka jak wiele innych, które spędził w swoim aroganckim życiu, a ona była tylko jedną z wielu, jakimś  54 numerem do odhaczenia i porzucenia. Może nie chciała dawać  mu tej satysfakcji, że złamał jej serce i zostawił, a ona już nigdy nie była w stanie ułożyć sobie życia z kimś innym.
Może tylko chciała udowodnić sobie, jemu oraz całemu światu, że poskładała złamane serce i ułożyła życie na nowo. Ułożyła, chociaż miała wrażenie, że zrobiła to zbyt dużym kosztem, otoczyła zbyt dużą ilością kłamstw, siebie oszukując najbardziej.
Więc dlaczego zdradziła tą pierwotną miłość, która niczym Etna wybuchła w jej sercu pewnej majowej nocy?
Może po prostu była samotna. 
Po ich wspólnej, bezsennej nocy zakończonej jego odejściem, świat wcale nie eksplodował. Tak okrutnie nic się nie wydarzyło. Ktoś kto stał się dla niej w tak niespodziewany sposób całym światem odszedł, a wszechświat nawet tego nie zauważył. Nawet niebo nie płakało tego ranka, a przecież powinno. 
Została sama, a samotność i melancholia doskwierały jej jak jeszcze nigdy. Draco wyjechał, Hogwart się skończył, szkolne znajomości rozpadły, przyjaciele zajęli swoimi sprawami, a ona została, przytłoczona ponurą rzeczywistością tak jak jeszcze nigdy przedtem. 
Została sama z chorobą, która mimo stania się uleczalną, każdego dnia zabierała jej cząstkę siebie i całą pozostałą chęć życia. Długie godziny spędzone samotnie w szpitalu, wyniszczające kuracje, długotrwałe leczenie, ciężkie dializy… Coś takiego złamałoby każdego. Tak przynajmniej to sobie tłumaczyła, tak usprawiedliwiała fakt, że mimo tęsknoty za mężczyzną jej marzeń i snów dopuściła do siebie innego. Potrzebowała tak bardzo samolubnie i egoistycznie mieć kogoś obok. Kogoś kto trzymałby ją za rękę podczas bezsennych nocy i bolesnych badań. Kogoś kto by ją przytulił i pogładził po włosach gdy czuła przytłaczający ciężar choroby na swoich kruchych barkach. Kogoś kto by po prostu przy niej był, nie tylko przyjaciół, którzy po krótkich odwiedzinach wracali do swoich domów, ale kogoś kogo mogłaby mieć tylko dla siebie, zawsze i wszędzie, zwłaszcza gdy tego najbardziej potrzebowała. 
Wtedy pojawił się Rick. 
Zabiegał o nią już za szkolnych lat, chociaż nigdy tego nie odwzajemniała. Przypadkowe spotkanie w szpitalnym korytarzu, ona na dializie, on w odwiedzinach u znajomego, zmieniło wszystko. Dowiedział się o jej chorobie, o której wiedzieli tylko nieliczni. Zaczął ją odwiedzać, rozmawiać, przytulać, trzymać za rękę i pocieszać. Aż w końcu sama przegapiła moment, w którym przekroczył ten mur, który postawiła naokoło siebie po odejściu Dracona.
Cierpiała walcząc z chorobą. Malfoy’a nie było przy niej wtedy kiedy najbardziej tego potrzebowała. Był Rick, opiekuńczy i czuły jak tylko mogła to sobie wymarzyć. Była mu wdzięczna, może w jakimś stopniu to ją przy nim trzymało. Wiedziała, że Rick kochał ją bez pamięci, widziała to w jego oczach i nie potrafiła mu tego zabronić. Był przy niej gdy wykończona chorobą, bezsilna leżała całymi dniami w łóżku, tym bardziej nie potrafiła go zostawić gdy wyzdrowiała. Złamałaby mu tym serce, a wiedziała, że nie ma gorszego uczucia we wszechświecie. 
Dopuściła go do siebie, chociaż wcale tego nie planowała.  Przeniosła tą znajomość poza szpitalne ściany. Wychodziła na wspólne spacery,  zaczęła pojawiać się z nim na spotkaniach z przyjaciółmi, coraz częściej zostawał u niej na noc, nie minęło wiele czasu jak zamieszkali razem, aż któregoś dnia przyłapała się na tym, że zaczęła planować z nim wspólną przyszłość.
Czy się zakochała? Daleka była w swoich uczuciach do stanu prawdziwej miłości. Sama nie wiedziała jak mogłaby nazwać to co połączyło ją z byłym Krukonem. Chyba po prostu zaakceptowała to co nasłał na nią los.  Z czasem przyzwyczaiła się do takiego życia, pozwalając by czas leciał w swoim rytmie i stopniowo godziła się z myślą, że tak będzie  już zawsze. W końcu nie była jedyną dziewczyną na świecie, która była z kimś chociaż czuła, że to nie jest to o czym zawsze marzyła. Czasem jednak strach przed samotnością jest zbyt duży by mieć odwagę skończyć coś co ciągnęło się już od tak dawna i zdecydować się pójść w innym kierunku,  nieodwracalnie zamykając za sobą tamte drzwi.
Ona została, swoimi kłamstwami okłamując nie tylko siebie, ale również Ricka, który kochał ją nad życie. A ona jego? Głęboko wierzyła, że kiedyś pokocha. Może kiedy będzie miała już obrączkę na palcu, może wtedy wszystko się zmieni, może poczuje się żoną, może będzie miała dzieci, może go pokocha. Może…..
Ginny wyszła bez słowa, jeszcze bardziej pogłębiając w niej uczucie rozżalenia i beznadziejności. Upiła łyk kawy mimochodem wyglądając przez zaparowaną od zimna szybę.  Wspomnienia sprzed lat pojawiły się jej przed oczami, torturując i tak mocno skołatane serce.
Wiedziała, że nie była 54 numerem, ani żadnym innym. Miała imię i nazwisko, które tylko On wymawiał w tak charakterystyczny sposób. Wciąż widziała te tlące się stalowe oczy, okryte tajemnicą, którą przecież tylko jej udało się odkryć.  Pamiętała jego palący dotyk na swojej odsłoniętej skórze. Nigdy, nikt nie patrzył na nią w taki sposób, nigdy więcej nie poczuła takiego bicia serca sprowokowanego czyimś dotykiem. Podświadomie wiedziała, że dla niego była to tak samo ważna noc jak dla niej. Wiedziała i widziała,  że czuł to samo co ona. Ale oprócz wybuchu tego ogromu pasji, namiętności i szczerych uczuć, pamiętała coś jeszcze.  Wciąż w głowie słyszała jego pożegnalne słowa, wypowiedziane na chwilę przed tym gdy opuścił dormitorium na czwartym piętrze. Pamiętała jego pocałunek jakim okrył obietnicę, którą złożył jej do ucha, przekonany, że głęboko spała. 
„Przepraszam za wszystko Granger. Obiecuje, że już nigdy nie pojawie się w twoim życiu.”
I wcale nie chciała by spełniał te słowa, ale wiedziała również, że Draco jest człowiekiem, który dotrzymuje obietnic za wszelką cenę, nawet kosztem własnych uczuć i pragnień. Przestała żyć złudzeniami, że w jej przypadku zrobi inaczej.
Nie mogła wiedzieć, że blondyn, dla którego straciła sprzed laty rozum i serce jest tak niedaleko. Zaledwie kilka dzielnic od niej. Że właśnie teraz siedział z jej przyjaciółmi, Harrym i Ronem i rozmawiał z nimi o wszystkim co go spotkało. Nie mogła o tym wiedzieć. A gdyby wiedziała? Co by zrobiła?


                                                                                     ***

                                                                           (pół roku później)

Półmrok oświetlany jedynie bladym światłem lampy stojącej nieopodal okna.  Wielki gabinet z owalnym, mahoniowym stołem i czwórka mężczyzn siedzących naokoło siebie. Cisza jaka między nimi panowała tylko sporadycznie była przerywana krótkimi słowami, brzmiącymi jeszcze poważniej niż wyglądały ich bezemocjonalne spojrzenia i przygaszone twarze. 
- Czekam.
Mocny, pewny ton czarnoskórego mężczyzny przerwał ciszę panującą już od kilku minut w dusznym pomieszczeniu. Oplótł uważnym spojrzeniem pozostałych towarzyszy, analizując ich tajemnicze gesty i beznamiętne twarze.  Ktoś siedzący po jego lewej stronie skinął głową, przytakująco odpowiadając na jego nieme pytanie.
- Czekam.
Głos trzeciego i wypowiedziane przez niego słowo okazały się decydujące. Czwarty z nich, blond włosy mężczyzna już nic nie odpowiedział. Upił łyk bursztynowego płynu z potężnej, kryształowej szklanicy w ciszy analizując decyzję pozostałych.  Mimowolnie spojrzał na swoje dłonie po czym na siedzących naokoło towarzyszy. Jego niewyrażająca emocji postawa jeszcze bardziej zagęściła atmosferę panującą już od dawna w owalnym gabinecie.
- Wszystko.
Jego głos rozniósł się echem razem z dźwiękiem sypanych monety. Wprawiając w zdezorientowanie swoich towarzyszy przesunął wszystkie swoje pieniądze na środek stołu, łącząc je z monetami leżącymi już tam wcześniej. Zapanowała chwila ciszy, której nikt nie odważył się przerwać. Napięcie zdało się być tak nieprzenikliwe, że aż utrudniało prawidłowe funkcjonowanie oraz oddychanie. Dwóch mężczyzn skinęło tylko ręką jakby chcieli dać do zrozumienia, że się wycofują. Jedynie piegowaty mężczyzna przyjął wyzwanie przesuwając swoje pieniądze w stronę potężnej góry monet i banknotów.
- Sprawdzam.
To słowo było tym najważniejszym jakie padło podczas całego wieczora. Blondwłosy położył na stół swoje dłonie, odkrywając przed innymi to co dotychczas tak skrzętnie w nich ukrywał. Rudowłosy zrobił to samo.  Ciemnoskóry mężczyzna uważnie spojrzał raz na jednego, raz na drugiego. To co miało się za chwilę wydarzyć decydowało o czymś dużo istotniejszym niż tylko o życiu. Podniósł z pliku niewielki kartonik kładąc go przed innymi.
- Niech cię szlag Malfoy!
Głośny wrzask rudego odruchowo rzucającego swoje przegrane karty z impetem na stół, przerwał całą wyniosłość sytuacji. Zerwał się z fotela, resztką dumy i godności powstrzymując się przed wywróceniem stołu i siarczystymi przekleństwami.
W tym samym czasie szczery śmiech winowajcy rozniósł się po okolicznych wsiach i polach. Z niepoprawnym uśmiechem satysfakcji zagarnął rękami całą pule ze środka stołu, tonąc przy tym w blasku złotych monet.
- Draco w tej chwili wyskocz z tych asów co je masz po kieszeniach pochowane.
Żartobliwy głos należący do niegdyś najpopularniejszego i najbardziej rozpoznawalnego nastolatka w świecie czarodziei rozładował zbędne napięcie panujące w gabinecie od kilku godzin.
- Nie gram już z nim.
Rudowłosy z wyrzutem spojrzał na dziedzica rodziny Malfoy’ów upijając łyk ognistej whisky z takim zaangażowaniem, że aż wylał na siebie pół zawartości kryształowej szklanicy.
- Daj spokój Ron. To tylko gra.
Harry z rozbawieniem śledził nerwowo poruszającego się po pomieszczeniu rudzielca, który z mizernym skutkiem próbował strzepać nadmiar alkoholu z szarej bluzy. Blaise włożył nonszalancko papierosa do ust, jednocześnie podpalając go stylową zapalniczką, którą dostał niegdyś  od aptekarza Ryana podczas ich nielegalnego wypadu za Hogwarckich lat.
- Swoją drogą Smoku, tyle masz kasy, a jeszcze nas... swoich biednych przyjaciół okradasz...
Mruknięcie Blaise’a spoglądającego kątem oka na ogromną kupę pieniędzy po stronie blondyna, wywołało jedynie ironiczny uśmiech na twarzy Malfoy’a.
- Okradam? Poker to uczciwa gra. Po prostu macie pecha. Zresztą wcale nie jesteście tacy biedni.
Odparł rozbawiony jednocześnie podchodząc w stronę barku i nalewając do czterech szklanek dokładkę bursztynowego napoju. Miał rację. Wszystkim panom wiodło się bardzo dobrze jeśli chodziło o sferę majątkową, choć  faktem było również to, że blondyn prowadził pod tym względem. Jako szef biura Aurorów i jedyny dziedzic rodzinnej fortuny Malfoy’ów miał bardzo dobry start, z którego skorzystał i nie zmarnował. Z czasem do jego finansów doszły naprawdę dochodowe inwestycje związane nie tylko z Ministerstwem Magii, ale również firmami, przedsiębiorcami i nieruchomościami.  Powodziło mu się i to bardzo. Na dobrą sprawę nie musiał robić już nic, nigdy. Firmową rolę playboya, geniusza, miliardera i filantropa miał zagwarantowaną, w dodatku bez żadnych castingów i efektów specjalnych. Reszta nie miała takiej bogatej listy przydomków jednak powodów do zmartwień również im brakowało. O ile dla całej czwórki niegdyś życie pod wieloma względami nie było łaskawe, o tyle obecnie żyło im się naprawdę, wręcz chwilami niepoprawnie dobrze. I chociaż wcześniej niekoniecznie darzyli się sympatią to teraz byli niemal nierozłącznymi partnerami w pracy i najlepszymi przyjaciółmi poza nią. Cala czwórka chętnie i często korzystała z wolnych wieczorów,  spotykając się najczęściej w posiadłości rozwiązłego Dracona, na rundach pokera lub po prostu alkoholowych libacjach, które z równym zamiłowaniem jak i częstotliwością uprawiali. 
Harry mimo kliku mniejszych czy też większych przerw spotykał się z Ginny. Ron wił urocze gniazdko z Jane, która zresztą spodziewała się jego dziecka. Blaise był wolnym strzelcem, zmieniającym kobiety częściej niż skarpetki, a Draco... Draco pozostawał dla wszystkich zagadką. Kiedyś miał jedną kobietę na dłużej, jednak okazała się pomyłką polującą tylko na jego pieniądze. Po niej przeszło mu zaangażowanie do trwałych związków chociaż i tymi małymi przestał się chwalić. Nigdy o żadnej kobiecie nie mówił w sposób otwarty. Z żadną nie planował przyszłości. Nawet kiedy był wolnym strzelcem na żadne spotkania nie przychodził otoczony wianuszkiem kobiet, tak jak zwykł to robić jego czarnoskóry przyjaciel. Nie chwalił się również żadnymi nocnymi podbojami co przecież było nieodłączną częścią jego życia w czasach Hogwarckich. Zmienił się. Z jego wyglądem i bogactwem kobiety wręcz spadały mu z nieba tymczasem on praktycznie z tego nie korzystał i żadnej nie łapał. Coś było na rzeczy, byli Gryfoni powoli zaczynali podejrzewać, że Draco Malfoy został gejem, ale nikt nie miał odwagi powiedzieć tego na głos.
- Jak to powiadają kto ma szczęście w kartach ten ma pecha w miłości, co nie Malfoy?
Prawa brew głównego zainteresowanego powędrowała do góry, a jego twarz przybrała podejrzany wyraz. Zupełnie jakby przeczuwał, że ciemnowłosy mężczyzna zmierza do tematu, od którego kategorycznie powinien trzymać się z daleka.
- Do czego pijesz Potter?
Nim Harry zdążył dokończyć swoją myśl Ron błyskawicznie podłapał temat, który już od kilku miesięcy nie dawał im spokoju i był stałym tematem ich męskich plotek oraz obrabiania tyłka, jakby na to nie patrzeć, szefowi. 
- No właśnie! Co z tobą Malfoy? Niby był z ciebie kiedyś taki niepoprawny kobieciarz, za szkolnych czasów to od lasek nie mogłeś się odpędzić to dlaczego teraz nie masz żadnej? Nie znalazłeś tej właściwej? Boisz się zaangażować?
Zaczepne pytania Rona wolał przemilczeć, jednak wyczekujący wzrok całej trójki nie bardzo mu na to pozwolił.
- Niczego się nie boje.
Jego groteskowa odpowiedź nie była wystarczająca by zakończyć temat. Ron skinął na niego głową, a na jego piegowatej twarzy pojawił się arogancki półuśmiech.
- Wiem, co ci dolega... Smok nie zieje ogniem czyż nie?
Abstrakcyjne pytanie, a zarazem sugestia rudego sprawiły, że Draco zachłysnął się ognistą.
- Słucham?
- Przyznaj się Draco. Po prostu nie możesz stanąć na wysokości zadania. 
Prawa brew Malfoy’a mocno zadarła się ku górze, a wyraz jego twarzy sugerował, że w najlepszym wypadku zaraz zabije rudego.
- Co masz na myśli?
- Za szkolnych lat nadwyrężyłeś juniora i już nie staj…
Nim podpity Ron zdołał dokończyć swoja myśl, błyskawicznie pojawił się obok niego Wybraniec zakrywając usta rudzielcowi, nim ten zdołał dokończyć swoją złotą myśl. Widząc chęć mordu w oczach byłego przywódcy Slytherinu utwierdził się w przekonaniu, że jak najprędzej musi złagodzić tą sytuację, zakończyć tę niebezpieczną rozmowę i w miarę możliwości zmienić temat na bezpieczniejszy.
- Daj spokój Draco. Ron jako szczęśliwy mąż i przyszły ojciec sugeruje ci, że życie w związku naprawdę nie jest niczym strasznym.
- Jeśli chce dożyć szczęśliwego ojcostwa to radziłbym mu bardziej uważać na słowa.
Zabójcze spojrzenie byłego Śmierciożercy spłynęło po lekko wstawionym rudowłosym jak letni deszczyk.
- No dobra Drakuś, nie gniewaj się już. Musiałem sobie poprawić humor po przegranej z tobą.
Mówiąc to Ron klepnął go w ramie dolewając mu do szklanki więcej procentowego płynu.  I mimo, że złość Malfoy’a odpuściła, to jednak ku jego nieszczęściu towarzysze nie zamierzali tematu szybko odpuszczać.  Harry spojrzał na niego podejrzliwie, doszukując się w blondynie jakiś oznak romantyzmu.
- Ale tak serio Malfoy, naprawdę nigdy nie czułeś tych tak zwanych motyli w brzuchu?
- Owszem.
- Naprawdę? Kiedy?
- Jak przesadziłem z ognistą. Ale to raczej nie były latające motyle, to były tupiące bizony.
Wyrafinowany żart Dracona sprawił, że pozostała trójka odpowiedziała mu śmiechem i prędko przyznała, że trzeba napić się na to konto. Ron stojący przy barku podał najpierw drinka Zabiniemu, potem wyciągnął dłoń do Harrego by wręczyć mu pełne naczynie z ich ulubionym weekendowym napojem. Harry jednak powstrzymał go ruchem ręki.
- Nie, nie mogę dużo pić. Obiecałem Hermionie, że pojadę z nią jutro rano odebrać suknie ślubną. 
Blaise kątem oka spojrzał na swojego jasnoskórego przyjaciela, który nerwowo poruszył się w fotelu, zupełnie jakby coś zaczęło go uwierać w plecy. Zabini nie wiedział jedynie, które słowo bardziej, czy imię Hermiona czy jednak wzmianka o jej niedalekich zaślubinach. Po czasie zrozumiał, że oba działały tak samo.  Arystokrata nieoczekiwanie wstał, z poważną miną rzucając do reszty jedynie krótkie „idę po fajki” i wyszedł nie dając nikomu odczuć, że po jego dobrym nastroju zostało już tylko wspomnienie. Zabini odprowadził go stroskanym wzrokiem, jako jedyny zdając sobie sprawę z tego co tak naprawdę dzieje się w głowie i klatce piersiowej blondyna. Westchną bezgłośnie i odwrócił się w stronę Wybrańca ze szczerym uśmiechem na ustach.
- Widziałem ją ostatnio jak przechodziła przez ulice.  Oj powiem wam panowie…. jest moc.  Trzeba przyznać, że się dziewczyna wyrobiła….
Jego zadziorny uśmiech szybko został stłamszony przez Rona,  który dyplomatycznie walnął go z łokcia w żebra. 
- Uspokój te swoje erotyczne wizję.
- Ale ja wcale takich nie miałem!
Dwójka byłych Gryfonów uniosła prawe brwi do góry i spojrzała na niego spod łba. Pod wpływem takich wymownych spojrzeń chcąc nie chcąc musiał odpuścić.
- No dobra, ale były naprawdę kulturalne.
- Jasne...
Burknął Ron przeciągle chociaż nie miał żadnych pretensji do kumpla o takie komentarze. Fakt, Hermiona była zawsze ładną dziewczyną, raz było to widoczne mniej raz bardziej, jednak na chwile obecną wyrosła na przepiękną młodą kobietę.
- Gdzie Draco?
- Poszedł po fajki.
Krótka odpowiedź Zabiniego okazała się niewystarczająca.
- A jemu co się stało? Przecież rzucił. 
Czarnoskóry wzruszył od niechcenia ramionami.
- Widocznie zaczął na nowo.
- Zwykle człowiek pali jak coś go trapi. Myślcie, że on coś ukrywa?
Zagadkowe pytanie Rona spotkało się z aprobatą Wybrańca.
- Na pewno.
- Dlaczego tak myślisz?
- Bo to Malfoy. Nawet jego sekrety mają swoje sekrety.

                                                                                *



Stał na balkonie beznamiętnym wzrokiem wpatrując się w pełnie księżyca. Mimochodem wypuścił trujący dym z cichym westchnięciem rezygnacji.  Nic się nie zmieniło, palił tylko sporadycznie, najczęściej jak coś go gniotło i zżerało od środka. Przy innych nie robił tego wcale. Na tą chwilę ludzkiej słabości pozwalał sobie jedynie w ciszy, będąc sam na sam ze swoimi wewnętrznymi demonami. To był właśnie ten moment. 

Faktem jest, że życie zawodowe i finansowe było idealne,  jednak dużo gorzej wyglądało to uczuciowe. Co prawda nie do końca zdawał sobie sprawę co to tak naprawdę jest miłość, w końcu nigdy nikt mu tego nie wytłumaczył. Nikt, nigdy nie pokazał mu jak okazywać uczucia, jak wyrazić to co się czuje, jak poradzić sobie z emocjami, których tak naprawdę nie można nazwać i zrozumieć.  Nie wiedział co to miłość, wiedział jedynie, że w jego życiu i sercu zagościła pustka, której nic ani nikt nie był w stanie wypełnić. 
Żadna kobieta nie sprawiła by jego serce ponownie zadrżało. Żadna nie zapaliła w nim tej dziwnej iskry. Żadna nie była w stanie zatrzymać go na dłużej. Żadna nie dała mu tyle co kasztanowłosa Gryfonka. Żadna. A przecież było ich tak wiele. 
Wciąż nie rozumiał jak to się mogło stać. Jak mogło mu brakować obecności jednej dziewczyny, wśród tak wielu innych, które przecież zawsze miał naokoło siebie. Pamiętał czasy Hogwartu i swoje podejście do kobiet. Wszystkie traktował przedmiotowo, wszystkie służyły tylko po to by zaspokajać jego fizyczne potrzeby. W przypadku Hermiony  było inaczej. Brakowało mu tak po prostu i tak prostolinijnie jej głosu, obecności, długich rozmów o wszystkim i o niczym, nawet kłótni, zwłaszcza tych dziecinnych, które rozkładały jego beznamiętność i powagę na czynniki pierwsze. 
Cały czas próbował zagłuszyć te pustkę, która katowała go już od ponad sześciu lat. Przez ten czas pojawiało się wiele kobiet, były takie na jedną noc, ale były też takie, z którymi wiązał większe nadzieje na szczęśliwą, wspólna przyszłość. Chyba był naiwny sądząc, że mu się to uda. Zawsze było coś nie tak, nie z nimi, ale z nim. 
Każda z nich wystarczała mu na coraz krócej. Nie mógł przy nich normalnie funkcjonować, zupełnie jakby dusił się obecnością tych, które nic dla niego nie znaczyły. Pustka zamiast się wypełniać, pogłębiała się jeszcze bardziej. W pewnym momencie przestał szukać, jakby zrozumiał, że nie znajdzie nigdy kogoś kto sprawi, że życie na nowo nabierze prawdziwego sensu, a bezsenne noce będą kryły w sobie prawdziwe uczucia i pragnienia.  Jedyna dziewczyna, która była w stanie mu to zapewnić, teraz szykowała się na swoje wielkie wesele. Bolała go ta świadomość. Praktycznie każdego dnia rozrywała go na coraz mniejsze kawałki i chociaż miał cholerną świadomość, że to uczucie nigdy nie minie, nie żałował tamtej nocy i tamtej znajomości. 
Domyślił się, że Hermiona nie powiedziała o nim Harremu, ani Ronowi, chociaż byli jej najlepszymi przyjaciółmi. Uszanował tą decyzję. On również im nic nie mówił. Bo co i w jaki sposób? „Hej. Przespałem się z Granger. Macie ochotę na rundkę pokera?” 
Wolałby sam siebie zabić niż kiedykolwiek im to powiedzieć lub dopuścić do takiej rozmowy. Broń Boże nie chodziło o to, że wstydził się tamtej nocy i tego co w nim wyzwoliła ich przyjaciółka. Chodziło o coś zupełnie innego. Za bardzo szanował kasztanowłosą dziewczynę by zdradzić ten wybuch namiętności w tak błahy sposób i przed osobami, które na pewno nie zrozumiałyby, że dla niego ta noc była czymś dużo ważniejszym niż zaliczeniem kolejnej uczennicy z Hogwartu. To nie tak. Ich przyjaciółka była dla niego tak ważną osobą w życiu, że nawet nie potrafił odnaleźć słów by określić tego co tak naprawdę i szczerze do niej czuł. Nie mógł im tego powiedzieć. Oni by nie uwierzyli, on by nie potrafił nawet w połowie określić tego co działo się w jego sercu i głowie.
Nikt oprócz Blaise’a nie wiedział.  Tak było lepiej. 
Nie miał zresztą problemów z trzymaniem tego faktu w tajemnicy przed innymi, problem robił się wtedy kiedy nagle niczego nieświadomi byli Gryfoni poruszali jej temat  lub nieraz wprost pytali o to dlaczego nie spróbuje się z nią pogodzić. Nie miał o to do nich pretensji, w końcu argumenty typu „Oboje jesteście starsi i poważniejsi.” „Nie jesteś już wrednym Ślizgonem jakim byłeś kiedyś.” „Zdradziłeś  Voldemorta.” „Uratowałeś świat.” „Nawet my się zaprzyjaźniliśmy” były naprawdę solidne więc próby zbywania Gryfonów wychodziły mu coraz gorzej. Co prawda o ile jeszcze jego niechęć i wieczne powtarzanie niemal jak życiową mantrę słów, że on z Granger nie chce mieć do czynienia, jeszcze byli w stanie zrozumieć, ale za nic nie potrafili wyjaśnić podejścia Dracona, który podczas ich pierwszego spotkania w Ministerstwie kategorycznie zabronił mówić Hermionie, że żyje, że wrócił i w dodatku, że jest ich przełożonym. Obiecali, że nie powiedzą i obietnicy wciąż na przekór sobie dotrzymywali, jedynie nie byli w stanie zrozumieć dlaczego Malfoy’owi aż tak bardzo na tym zależy. Zwłaszcza, że byli niemal przekonani, że to również z tego samego powodu sam Draco wydał rozporządzenie, które sprawiło, że wiedza o tym kto jest obecnym szefem Aurorów była utajniony dla opinii publicznej oraz mniej wpływowych pracowników Ministerstwa. Tak było lepiej i łatwiej. Tak mu odpowiadało zwłaszcza, że w dużej mierze ułatwiało mu to ukrywanie faktu, że żyje i mieszka w tym samym mieście co dziewczyna, którą sześć lat temu żegnał ostatni raz w dormitorium na czwartym piętrze. 
- Co jest?
Z zamyślenia wyrwał go głos Zabiniego stojącego tuż za jego plecami. Wolał nie odpowiadać na to pytanie. Miał świadomość, że przyjaciel oczekiwał od niego słów, których on nie potrafił wymówić.  Zaciągnął się mocno papierosem, wypuszczając śmiercionośny dymek z ust, z melancholią spoglądając przy tym na pełny księżyc i wyjątkowo błyszczące gwiazdy. Zignorował pytanie przyjaciela. Nawet nie umiał na nie odpowiedzieć.
- Gdzie Harry i Ron?
- Poszli. Ron jak przystało na odpowiedzialnego przyszłego ojca nawalony wrócił do żony, a Harry nie chce przesadzić żeby rano w dobrym stanie jechać z Granger po suknie ślubną.
Zapanowała między nimi cisza. 
- Wiesz, moja mama zawsze mawiała, że żeby coś zyskać najpierw trzeba coś stracić.
Mówiąc to Blaise zrównał się z Draconem ramionami, skrzyżowane ręce zapierając na metalowych barierkach balkonu. Arystokrata nawet na niego nie spojrzał. Puścił jego słowa mimo uszu udając, że nie dostrzegł w nich większego sensu.
- Dlaczego mi to mówisz? 
Poczuł na sobie ten specyficzny wzrok przyjaciela, który żądał od niego heroicznym czynów i jeszcze odważniejszych decyzji.
- Bo uważam, że nie jest jeszcze za późno.
- Na co?
- Na to żeby to naprawić…
Draco westchnął cicho, mimochodem przez barierkę wyrzucając niedopalonego papierosa. Zabini znał go na wylot i chociaż nigdy nie zadawał wielu pytań zawsze zdawało się, że rozumiał więcej niż powinien. Draco doskonale wiedział do czego zmierza jego przyjaciel. Miał świadomość, że kiedyś odbędą tą rozmowę, jednak wciąż nie był na nią gotowy.
- Nie wiem jak.
- Myślę, że wiesz.
Skinął głową na znak zaprzeczenia, zupełnie jakby nie zgadzał się z tym co już od tak dawna próbował sugerować mu czarnoskóry przyjaciel. 
- Chce dla niej lepszego życia.
- A nie pomyślałeś, że tamto jej wystarczało?
Zapanowała między nimi cisza. Otaczająca ich aura bezchmurnej, bezwietrznej nocy zdawała się być idealna do rozmowy, którą Draco przekładał już od tak wielu lat. Chwila ciszy między nimi została przerwana przez ciche westchnięcie arystokraty.
- Byłeś kiedyś w takim stanie, że nie mogłeś jeść, nie mogłeś spać? Nie mogłaś robić już nic innego jak tylko myśleć o kimś?
Ciche pytanie Malfoy’a wywołało subtelny uśmiech na twarzy ciemnoskórego. Spojrzał na niego z troską. 
- Nie, ale widzę że ty jesteś. I wiesz co Smoku, to się chyba nazywa miłość.
Malfoy już nic nie odpowiedział, pozwalając by cisza po raz kolejny przerwała ich rozmowę. Zabini obserwował go z uwagą, nawet nie próbując udawać, że wie o czym chłopak tak zawzięcie milczy.
- Wiesz.. powiadają, że lepiej kochać i stracić miłość niż nigdy się nie zakochać.
- Sam spróbuj.
Oschły ton blondyna był niemal jak zapowiedź końca tej rozmowy. Oderwał bezemocjonalny wzrok od odległego krajobrazu odwracając się tyłem do przyjaciela i zmierzając w kierunku drzwi. Nie odszedł jednak daleko. Przystanął jakby podświadomie czuł, że musi w końcu zrzucić z siebie ciężar, który nie pozwala mu normalnie funkcjonować odkąd opuścił dormitorium na czwartym piętrze.
- Skłamałbym mówiąc, że o niej nie myślę. Myślę. Czasami są takie dni, gdy jest w każdej godzinie i takie godziny, gdy jest w każdej minucie.
Zabini odwrócił się w jego stronę nie mogąc pojąć dlaczego Draco przestał walczyć o coś co zdawało się być dla niego najważniejsze.
- Dlaczego do niej nie pójdziesz? Dlaczego jej po prostu tego nie powiesz?
- Bo obiecałem, że już mnie więcej nie zobaczy.
- Dlaczego?
Ciche parsknięcie sarkazmu uprzedziło odpowiedź arystokraty, który spojrzał na przyjaciela niemal z wyrzutem.
- Dlaczego? Naprawdę pytasz? Cierpiała przeze mnie przez siedem długich lat. Dzień w dzień ją obrażałem, krytykowałem i doprowadzałem do łez. Byłem dla niej podły i niech Merlin mi wybaczy, ale było mi z tym cholernie dobrze. Uwielbiałem patrzeć jak cierpi, kąpałem się w wannie wypłakanych przez nią łez. Kiedyś tylko to sprawiało mi satysfakcję i tylko to poprawiało mi humor.  Teraz,  gdy sobie o tym wszystkim przypominam czuje się jak  śmieć. Nie zasłużyłem na nią. Byłem naiwny sądząc inaczej. Wstydzę się tego jaki kiedyś dla niej byłem. Zbyt wiele łez przeze mnie wylała, za dużo przeze mnie wycierpiała. Nie mogłem od niej żądać by mi to wybaczyła. Tym bardziej nie mogłem jej prosić by była moja. Jedynie obiecanie jej,  że już więcej mnie nie zobaczy było tym najlepszym co mogłem jej dać. Wydaje mi się, że tylko tym mogłem jej zrekompensować cały ten ból, który sprawiałem jej od tylu lat.
Zabini skinął głową na znak zaprzeczenia.
- To co kiedyś robiłeś jest nieistotne.
Irracjonalny komentarz czarnoskórego sprawił, że Draco spojrzał na niego z niezrozumieniem.
- Dlaczego tak mówisz?
- Bo uważam , że czas wszystko zapomina i wybacza, albo wybacza i zapomina. Kolejność dowolna.
- To nie takie proste.
- Proste, tylko ty nie dopuszczasz do siebie takiej możliwości.  Nawet nie pomyślałeś o tym, co by było gdyby Granger nie zależało na obietnicy, którą złożyłeś odchodząc, prawda? Obaj doskonale wiemy, że to nie jest dziewczyna na jedną noc. Nie poszłaby z tobą do łóżka gdyby czuła do ciebie tylko nienawiść. Nie dopuściła by cię do siebie tak cholernie blisko gdyby nie wybaczyła ci twojego skurwysyństwa już dawno temu. To nie jest dziewczyna, o której się zapomina gdy nastaje ranek.  Co jeśli ona czuje to samo co ty, a tylko przez twoją zjebaną decyzję was przekreśliłeś? Dlaczego chociaż z nią nie porozmawiasz? Dlaczego nie spróbujesz? 
Mocne, wręcz oskarżycielskie słowa Zabiniego sprawiły, że Draco miał wrażenie jakby ktoś wylał na niego wiadro lodowatej wody. Jednak sugestie czarnoskórego wciąż wydawały mu się być niewystraczające.
- Blaise do cholery, ona ma narzeczonego.
- Od kiedy to dla ciebie problem? Tak łatwo się poddajesz?  To do ciebie niepodobne Smoku.
- Tak samo niepodobne było to, że dopuściłem do siebie Granger.
- Wydaje mi się, że to było akurat najlepsze co mogło cię spotkać. 
- Co?
- Granger. Gdyby nie ona wątpię byśmy teraz tak po prostu rozmawiali, ciesząc się spokojnym życiem. Zmieniła cię i to w tym najlepszym tego słowa znaczeniu. Znam cię od wielu lat, znam cię nawet lepiej niż własna matka i wiem, że ona jest tym czego od tak dawna szukasz w życiu. Zrób coś z tym, albo do końca świata będziesz żałował, że złożyłeś najgorszą obietnice, która odebrała ci szanse na normalne i szczęśliwe życie.
- Blaise?
- Draco do cholery! Jesteś mi jak brat. Chce dla ciebie jak najlepiej i wiem, że to właśnie ona może ci to dać. Chce kiedyś zobaczyć ciebie szczęśliwego, spacerujących po parku z piękną kobietą i gromadką własnych dzieci pod pachą. Myślę, że masz na to szanse tylko z nią. Zresztą… będę zajebistym wujkiem. 
Draco spojrzał na niego spod łba, mocno przy tym zadzierając prawą brew, chociaż gdzieś w tym wszystkim dało się wyczuć lekkie rozbawienie jakie towarzyszyło tej chwili.
- Odbiło ci, wiesz o tym?
- Wiem, skutecznie mi to przypominasz od jakiś osiemnastu lat.
Uśmiechnął się do czarnoskórego przyjaciela, tym samym komentując jego słowa i tą specyficzną znajomość. Zabini podszedł do niego z troską wymalowaną w swoich ciemnych oczach, kładąc mu dłoń na ramieniu.
- Spróbuj, a zobaczysz, że wszystko się ułoży.
Uśmiech jednak zszedł z twarzy arystokraty. Westchnął cicho, odtrącając dłoń przyjaciela.
- Zawsze się układa. Tylko czasem nie tak jakbyśmy chcieli…
Mówiąc to odwrócił się od czarnoskórego i skierował w stronę drzwi. Dla niego ta rozmowa i tak trwała zdecydowanie zbyt długo, a jej sedno nie zmieniło niczego. Argumenty Zabiniego zdawały mu się być niewystarczające. Zbyt głęboko tkwił w przekonaniu, że tak dla Hermiony jest lepiej. Nie zamierzał tego zmieniać. 
Zabini odprowadził go wzrokiem, w duchu przeklinając upartość i zawziętość arystokraty. Bez słowa ruszył za nim do jednego z wielu pokoi, za którymi próbował się ukryć. Nie zamierzał odpuszczać. Nie teraz i nie w takiej sprawie.  
Wiedział, że Hermiona dla Dracona była cholernie ważna. Uświadomił to sobie już dawno temu. Pamiętał wieczór, w którym po latach Draco opowiedział mu o tym gdzie poszedł ostatniej nocy nim zaczęli pracować dla Ministerstwa. Pamiętał szok jaki mu wtedy towarzyszył, pamiętał swoje prostackie słowa „ty to jednak każdą musisz przelecieć” i pamiętał pięść Dracona na swojej twarzy. Wtedy wszystko zrozumiał.  Znał go na tyle by być świadomym, że taki tekst w normalnym warunkach by go rozśmieszył i zadowolił oraz przyznałby mu rację. W tym przypadku było inaczej. Łamiąc mu nos  blondyn jasno dał mu do zrozumienia by nie traktował Hermiony tak jak każdej innej dziewczyny z Hogwartu. Co więcej, widać było, że byłego Ślizgona cały czas to męczyło. 
- Kogo ty próbujesz okłamać udając, że ona nic dla ciebie nie znaczy? Mnie, Harrego, Rona, wszystkich pozostałych, czy tylko siebie?!
 Jego poważny krzyk nie wzruszył odwróconego do niego tyłem blondyna. On sam zapomniał o całym świecie, mimochodem spoglądając na ramkę z mugolskim zdjęciem przedstawiającym uśmiechniętą rodzinę. Kilka długich lat minęło od czasu, w którym znalazło się u niego i czekało na powrót do swoich prawowitych właścicieli. Wciąż nie mógł się zdobyć by je im oddać. Po chwili położył ramkę na szafce, tak by nie było widać co przedstawia. Nie mógł zbyt długo na nie patrzeć. Przywoływało zbyt dużo wspomnień, o których nie chciał teraz pamiętać.
- Zmieniłeś się. Porzuciłeś mroczną stronę, uratowałeś jej rodziców, uratowałeś Hogwart i cały świat. Zabiłeś swoich sprzymierzeńców jakimi byli Śmierciożercy, zdradziłeś Voldemorta i wsadziłeś własnego ojca do Azkabanu. Człowieku.... co jeszcze poświęcisz i zrobisz zanim dotrze do ciebie, że to wszystko było dla niej?!
Blaise powoli odchodził od zmysłów. Nie mógł zrozumieć jak blondyn obojętnie zaczął podchodzi do nadchodzącego ślubu kobiety, dla której zrobił to wszystko. Bo bez wątpienia to było dla niej. Tylko i wyłącznie dzięki niej się tak zmienił i to ona sprawiła, że na skrzyżowaniu swojego życia skręcił właśnie w tą dobrą stronę.
- Wychodzę. Nie mogę patrzeć jak rozpieprzasz swoje życie.
Po chwili do uszu Dracona dobiegł odgłos gwałtownie zatrzaskiwanych drzwi frontowych. Zabini wyszedł zostawiając go z natłokiem myśli i uczuć, które już od tak dawna uparcie maskował przed całym światem. 
- Paniczu?
Starszy mężczyzna pojawił się w drzwiach z tacą, na której trzymał dwie kawy dla Dracona i Blaise’a. Blondyn nawet na niego nie spojrzał. Wzrok tępo wpatrując w stolik, o który się zapierał.
- Zarezerwuj mi bilet do Paryża. W jedną stronę.
Staruszek skinął lekko głową po czym wyszedł. Domyślił się, że jego podopieczny planował długie wakacje. Nie mógł się tylko oprzeć wrażeniu, że Draco nie zamierzał z nich kiedykolwiek wracać. 


                                                                                 ***



Już jutro. Najpiękniejszy, a zarazem najwspanialszy dzień w jej życiu miał się odbyć już jutro. A ona? Ona w szlafroku i z lampką wina siedziała na parapecie wypatrując przez oko czegoś co zajęłoby jej myśli na choć trochę dłużej i pozwoliło odpocząć skołatanym uczuciom. Zignorowała obecność przyjaciółki, która towarzyszyła jej tej ostatniej panieńskiej nocy.  Rudowłosa już od kilku minut przyglądała jej się z mętlikiem w głowie, próbując w myślach ułożyć wszystkie słowa, które powinna powiedzieć przyjaciółce nim ta powie krótkie ‘tak’, którego będzie żałować do końca swojego życia. W końcu się na to zdobyła. Podeszła do niej z wolna, jakby się bała, że odrobinę gwałtowniejszy ruch spłoszy zamyśloną dziewczynę. Uniosła na nią zatroskane błękitne oczy, próbując pozbyć się tej dziwnej guli, która już od jakiegoś czasu stała jej w gardle.

- Hermi jeśli to możliwe to chciałam porozmawiać z  tobą jak kobieta z kobietą.
Miona odwróciła się w jej stronę z rozbawionym uśmiechem i przytakującym skinieniem głowy.
- To możliwe Ginny bo obie jesteśmy kobietami.
Rudej jednak nie rozbawił komentarz przyjaciółki. Przystanęła przy niej, patrząc na nią z widocznym zmartwieniem w oczach.
- Mionka powiedz mi szczerze, czy ty naprawdę jesteś szczęśliwa?
Spojrzenie z Ginny przeniosła z powrotem na okno opatulając się przy tym ramionami. Bała się tego pytania i szczerze liczyła na to, że jednak nigdy nie padnie. Jej myśli zajął widok malujący się za szklaną szybą. Gdzieś na placu zabaw pod jej mieszkaniem stał mężczyzna i wygłupiał się ze swoim małym synkiem, a obok nich stała kobieta uśmiechająca się na widok mężczyzn swojego życia. Oni byli szczęśliwi, było to po nich widać. Ona nie mogła powiedzieć o sobie tego samego. Uśmiechnęła się blado spoglądając na zatroskaną rudowłosą kobietę. 
- Bardziej już nie będę.
Szepnęła cicho próbując zapanować nad emocjami, które próbowały przedostać się między przymkniętymi powiekami. Ta cicha wewnętrzna walka nie uszła uwadze Ginny, nim jednak zdołała zareagować Hermiona spojrzała w jej stronę z bladym uśmiechem.
- Wiesz Ginny. Boje się tylko dwóch rzeczy.
- Jakich?
- Że gdy zacznę płakać już nigdy nie przestane.
- Kochana…
-  Ale jedna rzecz przeraża mnie jeszcze bardziej.
-  Jaka?
- Że go spotkam. Że miniemy się gdzieś na przejściu dla pieszych lub zobaczę go w drodze do pracy, idąc na zakupy, tankując samochód na jednej z setek stacji benzynowych, albo że przepuści mnie w drzwiach w sklepie spożywczym. Najbardziej boje się, że nie będę wiedziała co zrobić. 
- Miona…
Nie udało jej się dokończyć swojej myśli, Hermiona ponownie ukryła wzrok w oknie, pozwalając by zalała ją dziwna fala uczuć i specyficzny klimat tego wieczora.
- Nie wiem dlaczego, ale nie potrafię zapomnieć jego uśmiechu. Może dlatego, że pojawiał on się na jego twarzy bardzo rzadko, a może dlatego, że jego uśmiech zawsze wydawał mi się smutny. Jakby miał same kłopoty, problemy, zmartwienia... Zawsze chciałam wiedzieć dlaczego... i potem to odkryłam. Teraz wiem, że wolałabym tyle o nim nie wiedzieć. Jednak z drugiej strony właśnie za to go pokochałam.
Ruda uśmiechnęła się delikatnie na słowa przyjaciółki. Nie spodziewała się po niej takich słów, zwłaszcza dzisiejszego wieczora. Nie zganiła jednak Miony za tą chwilę słabości i wspomnień. Za Ricka miała przecież wyjść dopiero jutro, mogła spędzić ten ostatni panieński wieczór na wspomnieniach miłości, którą utraciła dawno temu. Pamiętała moment, w którym kasztanowłosa opowiedziała jej o wszystkim co wydarzyło się między nią, a blondwłosym przywódcą Slytherinu, o wszystkim o czym jeszcze do niedawna pamiętali tylko oni i ściany dormitorium na czwartym piętrze. Cała ta historia początkowo zdawała jej się być niemal jak nieprzemyślany film, dopiero z czasem zaczęła rozumieć, że coś co początkowo zdawało jej się być tak absurdalnie niemożliwe, było ogromnym wybuchem prawdziwych uczuć i pragnień, które nie osłabły z żadnym minionym dniem. Widziała to w bursztynowych oczach kasztanowłosej, chociaż ta już nigdy więcej nie opowiadała o swoich uczuciach. Nie musiała.  Uśmiechnęła się do zamyślonej przyjaciółki, której nieobecny wzrok zdradzał o czym tak zawzięcie milczała. 
- Nigdy mi nie powiedziałaś kiedy to się stało. Kiedy odkryłaś, że się w nim zakochałaś?
Na twarzy kasztanowłosej pojawił się blady uśmiech. Przymknęła powieki, które po chwili skierowała na zachód słońca.
- Sama nie wiem. Na pierwszym roku wystarczyło jedno jego spojrzenie bym go znienawidziła, a po siedmiu latach tylko jedno spojrzenie bym się zakochała, ale dopiero gdy mnie pocałował zrozumiałam, że już nigdy nie chce całować innych ust.
Na twarzy młodej Weasley pojawił się lekki uśmiech i dwa rumieńce, zupełnie jakby te słowa przyjaciółki ją zawstydziły. Jeszcze nigdy nie słyszała tyle uczuć w jednym, tak intymnie brzmiącym  zdaniu.  
- Ale on odszedł….
Cichy szept Hermiony przerwał ciszę, która zapanowała między nimi. Spojrzała na rudą z lekkim uśmiechem niespełnienia.
- Oglądałaś Titanica? Nasza historia była podobna. W jednej chwili zakochałam się w nim do utraty tchu, ale rozbiliśmy się o górę lodową. Było pięknie i namiętnie, ale musiało skończyć się katastrofą.
Nim Ginny zdołała zrozumieć sens tych słów Hermiona spojrzała na nią z bladym uśmiechem.
- Wiesz, czasem się zastanawiam, może ja już wyczerpałam swoją porcję szczęścia?
Przez chwilę na twarzy rudej malował się wyraz zwątpienia. Jakby toczyła bitwę z tym co wiedziała, co czuła, a co powinna zrobić. Westchnęła cicho spoglądając na kasztanowłosą, w duchu karcąc siebie samą za słowa, których wciąż nie powiedziała, a powinna to zrobić już dawno temu.
- Mionka, ja muszę ci coś powiedzieć…
Hermiona jednak nie chciała już słuchać, jakby podświadomie przeczuwała, że słowa Ginny wywrócą jej świat do góry nogami, a nie miała już sił by układać go ponownie. Pokiwała głową na znak zaprzeczenia. Zupełnie jakby samej sobie zaprzeczała, zwłaszcza temu co czuła.
- Rick to dobry człowiek. Z nim mam szansę na normalne życie. 
Ruda pokiwała przecząco głową. Nie zgadzała się z tymi słowami. Owszem Rick był dobrym człowiekiem, ale to nie jemu Hermiona była pisana. Wyjazd i przeprowadzka od razu po ślubie do Szkocji również była nieprzemyślanym pomysłem. Nie tak miało być. Nie z nim miała być jej przyjaciółka, a już na pewno nie miała nigdzie wyjeżdżać. 
- Normalne? Miona błagam cię....
- Proszę Ginny, za 20 godzin odbędzie się mój ślub. Nie wracajmy już do tego. Proszę cię byś uszanowała moją decyzję. Dobrze? Przyjaciółko?
Pod wpływem słów i subtelnego uśmiechu Hermiony zmiękła. Niemal ze łzami w oczach objęła przyjaciółkę, próbując nie zdradzić tego co powinna powiedzieć jej już dawno temu.
- Wiesz, że cokolwiek zrobisz zawsze będę przy tobie.
- Wiem.
Obiecała Harremu, że nigdy nie zdradzi Hermionie tego jednego sekretu. Obiecała, że nie powie, że Draco żyje, że wrócił, że mieszka w posiadłości na przedmieściach Londynu, że pracuje z Harrym i Ronem, że jest tutaj. Nie zdradziła jej tego. Nie powiedziała nic.  Czy coś by się zmieniło gdyby postąpiła inaczej? Czy tylko złamałaby serce swojej przyjaciółki jeszcze bardziej?

                                                                                    *

Jutro. Już jutro. Kobieta, która go zmieniła, która wywróciła jego świat do góry nogami, która pokazała mu co znaczy kochać, już jutro wychodziła za mąż, a on, jak ostatni przegrany stał nad spakowanymi walizkami, jakby ucieczka miała cokolwiek zmienić i naprawić. Czego tak naprawdę oczekiwał wyjeżdżając? Nie był taki naiwny sądząc, że wszystko się ułoży kiedy wyjedzie. Jasne, że nie. Zresztą ucieczka nigdy nie była w jego stylu. Więc do czego to wszystko miało zmierzać? Chyba po prostu nie chciał być w pobliżu kiedy tak niedaleko miało rozegrać się wydarzenie zabierające mu całą szansę na odzyskanie Hermiony G. Z jednej strony miał świadomość, że może łatwiej będzie mu znieść ten moment jeśli nie będzie go w pobliżu, z drugiej wyjeżdżając powstrzymywał sam siebie przed zrobieniem tego do czego już od tak dawna namawiał go Zabini. Niespodziewane pukanie do drzwi jego sypialni wyrwało go z dziwnych zamyśleń. Mimochodem odwrócił się w stronę osoby, która pojawiła się w ich progu. 
- Odwołałem pański jutrzejszy lot do Paryża. Uznałem to za słuszną decyzję. Teraz już odejdę. 
Głos starszego mężczyzny był uroczysty, poważny, formalny, czyli taki jak zawsze. Draco spojrzał na niego z dziwnym mętlikiem w głowie. Zabolał go widok wiernego kamerdynera z dużą walizką w ręku, ubranego w cienki, czarny płaszcz i czarny kapelusz na głowie. Draco westchnął cicho spoglądając na spakowanego, starszego mężczyznę, tym samym powstrzymując go od wyjścia z pokoju.
- Ile to już lat Alfredzie?
- Szesnaście paniczu. 
Draco spuścił na chwilę wzrok, po czym skierował go na widok za oknem. Ręce skrzyżował na torsie, nawet nie próbując przywdziać maski obojętności i znieczulicy. Jego postawa była niemal jak flak. Jakby ktoś stopniowo spuszczał z niego powietrze. Na chwilę obecną zostało już go naprawdę niewiele.
- Szesnaście lat...
Powtórzył cicho, pozwalając by przed jego oczami przeleciał szybko obraz od kiedy ów człowiek zaczął u niego pracować. Początkowo w domu jego rodziców, kiedy nie mógł znieść widoku skrzatków,  następnie po jego powrocie z wieloletniej nieobecności wręcz zabrał go z dawnej posiadłości, w której wciąż przebywała jego matka i zatrudnił u siebie. Początkowo, gdy był młodszy i przesiąknięty życiem Śmierciożercy nie traktował go z niczym co choćby odrobinę mogło przypominać człowieczeństwo i szacunek. Teraz jednak nie wyobrażał sobie życia bez towarzystwa owego staruszka.
- Jeśli jest ci tu źle to zrozumiem. Ale jeśli odchodzisz tylko dlatego bo czujesz się winny pozbawienia mnie wakacji to zostań. Wiem co próbujesz mi powiedzieć... Ty i Blaise nie dacie mi spokoju prawda? 
Odparł uśmiechając się lekko i spoglądając na mężczyznę z czymś na wzór kapitulacji.
- Nie paniczu. 
Nim kamerdyner zdążył zareagować Draco podszedł do niego zabierając mu walizkę z rąk.
- Chodź Alfredzie. Mam ochotę na mocną kawę. Ty robisz najlepszą.



                                                                                ***


W sumie po co przyjechał do tego tlenionego palanta? Sam nie wiedział. Przypomnieć mu, że za godzinę Hermiona bierze ślub zdawało się być tak samo irracjonalne jak zaproponowanie mu by incognito wybrał się na niego razem z nim. Po upartości Malfoy’a wiedział, że jego nie da się tak banalnie podejść. Chyba po prostu chciał utwierdzić się w przekonaniu, że z jego przyjacielem nic nie jest i oprócz złamanego serca jest cały i zdrowy i w dodatku nie zrobił żadnej głupoty.
Wszedł do willi Dracona jak do własnego domu, odnajdując w korytarzu wysłużonego pracownika posiadłości.
- Cześć Alfredzie. 
- Witam Panie Zabini. 
- Jest Draco?
- Nie. Panicz Malfoy wybrał się na przejażdżkę.
- Mówił gdzie?
- Nie.
Zabini zmarszczył brwi, z uwagą spoglądając na starszego kamerdynera. Coś mu się wyraźnie nie zgadzało i nie podobało. Afroamerykańska intuicja podpowiadała mu, że Draco zrobi coś tak samo głupiego jak i szalonego.
- Czy jest jakiś istotny szczegół, o którym powinienem wiedzieć?
- Zabrał najszybszy samochód.
- Idiota....
Cichy szept Zabiniego i jego wyraźne zdenerwowanie aż nazbyt było widoczne dla innych.
- Coś pana martwi?
- Granger za godzinę bierze ślub. Znając tego palanta pewnie postanowił wyjechać na ten czas z miasta. Mam tylko nadzieję, że nie zrobi nic głupiego i nie rozbije się na pierwszym lepszym drzewie.
- Zadzwonić do niego?
Zabini pokiwał głową na znak zaprzeczenia. Faktem jest, że Ministerstwo Magii jakiś czas temu wprowadziło coś takiego jak mugolskie telefony komórkowe do codziennego użytku między pracownikami, jednak Draco był z tych, którzy albo dzwonili albo odbierali jedynie wtedy kiedy było im to na rękę. To nie był ten dzień.
- Próbowałem, nie odbiera. 
Przez chwilę zapanowała między nimi cisza, którą jako pierwszy przerwał Zabini jednocześnie kierując się w stronę wyjścia.
- Powiadom mnie gdy wróci. .. o ile wróci.
Dodał już ciszej wsiadając do samochodu i kierując się w stronę placu gdzie stał kościół, w którym to miała odbyć się uroczystość zaślubin Hermiony Granger.



                                                                                ***

Była jak te wszystkie bohaterki filmów romantycznych, ubrana w piękną białą suknie i długi welon, który teraz powiewał pod wpływem jej szybkich kroków. Nie udźwignęła presji tego miejsca i wyczekującego wzroku przyszłego męża. Zdecydowanie zbyt późno zrozumiała, że go nie kochała. Wybiegła z kościoła nim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać. Musiała to zrobić, dla własnego sumienia. Przecież w tak wielu filmach bohaterka ucieka sprzed ołtarza, wybiegając z kościoła, przed którym czekał jej prawdziwy książę z bajki.  Przecież wciąż wierzyła w miłość, wiedziała że gdzieś tam jest, tylko dlaczego teraz na nią nie czekała?
Stukanie jej szpilek o betonowy chodnik roznosiło się na przykościelnym dziedzińcu. Ze łzami w oczach mijała zaciekawionych przechodniów i zatłoczony plac. Czerwcowe słońce raziło ją w zaszklone źrenice. Nie miała pojęcia gdzie biegnie, to nie było ważne. Nie oglądała się za siebie, jakby podświadomie bała się, że zaraz ktoś ją dogoni i zaprowadzi ponownie przed ślubny kobierzec.  Chciała tylko być jak najdalej od tego miejsca i zebranych w tym dniu ludzi. Zawiodła swoją rodzinę, przyjaciół, narzeczonego… Było jej wstyd, było jej żal, ale przede wszystkim była nieszczęśliwa, w najbardziej możliwym tego słowa znaczeniu.
Zatrzymała się dopiero gdy znalazła się w pobliskim parku, otoczona jedynie drzewami i wąskimi ścieżkami. Niemal panicznie ściągnęła welon z głowy i wypuściła go z rąk pozwalając by porwał go wiosenny wiatr. Z pustką w sercu obserwowała jak biały materiał jest niesienny przez wiatr, dopóki nie zniknął jej sprzed oczu. Uleciał tak samo jak jej misternie zaplanowana przyszłość. Miało być pięknie, miała być szczęśliwa. Dlaczego to nie wyszło?
- Malfoy ty idioto!.... Gdziekolwiek jesteś...Nienawidzę cię!.. Słyszysz??!!
Jej zrozpaczony krzyk zniknął pomiędzy szumem krzewów i drzew. Wzrok z nieba spuściła na brukowy chodnik, jakby szukając w nim odpowiedzi na to co będzie dalej z nią i ze światem. Nie umiała odpowiedzieć sobie na to pytanie, betonowy chodnik również milczał.
Pojedyncza łza spłynęła po jej policzku zwiastując nieuniknione nadejście rozpaczy. To przez tego aroganckiego kretyna uciekła z kościoła, bezdusznie porzucając dobrego i troskliwego Ricka, który wciąż stał przed ołtarzem, jakby jeszcze miał nadzieję, że Hermiona zaraz do niego wróci.
Nie zamierzała tego robić.
Jej życie po raz kolejny rozleciało się jak szklany wazon, którego nikt nie był już w stanie naprawić. Pomóc mogła tylko magia, ale nawet w nią przestała już wierzyć.
Nie mogła pogodzić się z tym, że Malfoy tego wszystkiego nie wiedział. Nie wiedział jak bardzo namieszał jej w życiu. Nie wiedział, jak bardzo go kochała. Tylko ona wiedziała, że już nigdy nie uwolni się z kajdan tej nieszczęśliwej miłości. Jej historia nie miała skończyć się szczęśliwie. Zrozumiała, że grała jedną z głównych ról w nagrodzonym Oscarem dramacie.
- Słyszę Granger. Ja ciebie też.
Nie była w stanie zapanować ani nad drżeniem dłoni, ani nad szeroko otwartymi źrenicami. Jej zranione dotąd serce teraz zaczęło bić jak jeszcze nigdy wcześniej. Była pewna, że nie udźwignie ogromu wypełniających ją uczuć i zaraz wyskoczy z jej klatki piersiowej i już go nigdy więcej nie zobaczy. Co do sekundy pamiętała ile dni, tygodni, miesięcy i lat minęło odkąd ostatni raz słyszała ten głos. Jej rozum i serce jeszcze nigdy nie były takie zgodne co do tego kim jest jego właściciel.  Zresztą tylko On zwracał się do niej w taki sposób. Nim zdążyła nad nią zapanować, druga łza potoczyła się po jej zaróżowionym policzku, nie zwróciła jednak na nią uwagi. Tak samo jak nie zwróciła uwagi na fakt, że niedaleko niej stali jej przyjaciele wraz z Zabinim. To nie było ważne. Nawet gdyby cały świat nagle przestałby istnień, ona dalej stałaby w tym samym miejscu, ignorując wszystko to co działo się naokoło niej. Tylko on był teraz ważny. 
Czy własny umysł zażartował z niej w okrutny sposób, bawiąc się jej kosztem i uczuciami? Nie wiedziała. Nawet jeśli, to jednak bardzo pragnęła by ta ulotna chwila trwała jak najdłużej. Nie zniosłaby ponownej straty. Drugi raz nie pozbierałaby złamanego serca.
Przymknęła znużone powieki, próbując choć na krótką chwilę zapanować nad drżeniem serca. Z wolna odwróciła się za siebie, tak bardzo bojąc się, że wcale go tam nie ma. Ledwo powstrzymała łzy wzruszenia, gdy okazało się, że to wszystko dzieje się naprawdę. Niedaleko niej stał On. Nie miała wątpliwości. To był On. Uśmiechał się do niej w ten ironiczny sposób, taki jak za dawnych lat. Chyba po prostu nie potrafił inaczej. Dla niej było to jednak jak wyzwolenie. Jego arogancki półuśmiech był dla niej jak głęboki wdech rześkiego, zimowego powietrza. Potrzebowała tego.
 Z jej dużych, miodowych oczu wyleciała kolejna słona łza. Bóg jej światkiem, że jej serce biło jak oszalałe i każdy mięsień, żyła, ścięgno i nerw cieszyło się na to spotkanie, jednak nie potrafiła tego okazać. Otoczyła się murem dystansu tak jakby wcale za nim nie tęskniła, a przecież tęskniła już od miliarda sekund, milionów minut, tysięcy godzin i setek dni. Zapanowała między nimi niczym niezmącona cisza, zdawało się, że nawet wiatr ucichły jakby rozumiejąc, że nie powinien zakłócać spotkania tych dwojga.
- Obiecałeś, że nie pojawisz się już w moim życiu.
Nawet nie wiedziała skąd znalazła w sobie tyle siły i determinacji by się odezwać, w dodatku zrobić to w tak oschły sposób. Musiała włożyć naprawdę dużo dawnej zaciętości by sprawić by jej zachrypnięty głos zabrzmiał jak szczery wyrzut. 
Z jego twarzy zszedł towarzyszący mu przez całe życie uśmiech. Jej widok, jej szkliste oczy i ten ból, który w sobie tłumiła odebrał mu całą pewność siebie. Był naiwny sądząc, że to spotkanie będzie jak błahe odświeżenie dawnej znajomości. Jej widok zmiażdżył go doszczętnie, zabrał całą pewność siebie sprawiając, że jeszcze ciężej było mu powiedzieć to co myśli i czuje. Zawsze ukrywał przed innymi swoje emocje, teraz nie mógł tego zrobić. Teraz, po tylu zmarnowanych latach musiał jej wszystko wyjaśnić, chociaż Merlin był mu światkiem, że jeszcze nigdy nie było mu tak ciężko.
Ciche westchnięcie poprzedziło jego odpowiedź.
- Pamiętasz Granger jak kiedyś powiedziałem ci, że zawsze dotrzymuje obietnic? Skłamałem. Tej jednej, którą złożyłem tobie nie potrafiłem dotrzymać. Właściwie, nigdy nie powinienem jej składać.
Kolejna łza spłynęła po jej zaróżowionym policzku. Nie wiedziała co się tak naprawdę dzieje. Miała wrażenie, że to sen. Nie rozumiała ani tej sytuacji ani tego co mówił, chociaż jego słowa brzmiały pięknie i szczerze. Nie była przygotowana na jego obecność i takie wyznania. Wciąż nie rozumiała dlaczego postąpił wbrew sobie i tu przyszedł. Bo chyba nie  po to by się z nią ożenić, prawda? 
- Czego chcesz Malfoy?
- Zacząć od nowa.
Jego słowa brzmiały dla niej zbyt irracjonalnie by mogły być prawdziwe. Nie uwierzyła mu. Pokiwała głową i niezdarnie wytarła nadgarstkiem łzy z lewego policzka, nie zwracając najmniejszej uwagi na to, że niszczy swój ślubny makijaż.
- Co tu robisz?
Jej rozpaczliwe wręcz łamiące pytanie zdradzało więcej niż tysiąc słów. Niemal słyszał jak podczas wypowiadania tych poszczególnych fraz jej serce rozpada się na małe kawałki i rozpaczliwie czeka, aż ktoś zacznie je zbierać i poskleja, choćby zwykłą taśmą klejącą. Jej rozpacz łamała również jego serce.
- Sześć lata temu, tamtej nocy w Hogwarcie... trzymałem w ramionach największy skarb jaki spotkał mnie w życiu i tak po prostu go wypuściłem i odszedłem...
- Malfoy...
Kolejne łzy wolno spłynęły po jej policzku.  Nie powiedziała nic więcej, podniósł rękę i powstrzymał ją ruchem ręki. Widział jak szarpią ją emocję towarzyszące jej, z każdym jego słowem, ale te same emocje rozrywały również jego.
- Nie wiem co to miłość Granger. Skąd mam wiedzieć?
Wraz z jego podniesionym głosem wszystkie emocje, które towarzyszyły mu przez te sześć długich lat wyszły na światło dzienne, pierwszy raz zdradzając światu to co i jak wiele czuje. Już nie potrafił panować nad tymi wszystkimi emocjami. Za długo to w sobie tłumił, a uczuć z każdą przemilczaną sekundą było coraz więcej.
- Ale odkąd zostawiłem cię tamtego ranka nie mogę przestać o tobie myśleć. W moje życie wkradł się tak wielki smutek i pustka. Nie potrafię już nawet złapać oddechu... Nie mogę wybaczyć sobie tego, że cię miałem, że byłaś tylko moja, a ja po prostu odszedłem, nie mówiąc przy tym żadnego słowa....
Czuł na sobie jej wzrok, który niemo błagał go by nie grał już dłużej na jej emocjach. Wiedział, że niczym nie zasłużył na to by mu uwierzyła, jednak musiał w końcu powiedzieć jej prawdę. Miał na to tylko tą jedną szansę, umarłby gdyby jej nie wykorzystał.
- Wiem Granger, że to co stało się między nami tamtej nocy nie powinno mieć miejsca.... że powinnaś być mi obojętna, że powinienem cię nienawidzić... ale nie potrafię. Zmieniłaś mnie w sposób, którego nawet nie rozumiem. Tyle lat chodziłem po świecie szukając sensu by zrozumieć, że wszystko to czego szukałem przez cały ten czas było w twoich oczach. Wszystko co było dla mnie ważne było obok mnie. Teraz już wiem, że wszystkie drogi, które przeszedłem w życiu pokonałem po to by spotkać na nich ciebie.  Skłamałbym gdybym powiedział, że byłaś dla mnie jak gwiazda na niebie, byłaś całym moim wszechświatem. Odkryłem to wszystko dopiero kiedy odszedłem. Nie potrafiłem o tobie zapomnieć... Dalej nie potrafię i nie chce. Cholera Granger! Tak bardzo lubiłem gdy byłaś obok mnie. Nawet sobie nie wyobrażasz jakie moje życie zrobiło się puste bez ciebie. Przez te wszystkie lata jeździłem po całym świecie próbując w najróżniejszych językach świata odnaleźć słowa, którymi mógłbym określić to co do ciebie czuje i co ci powiedzieć gdy ponownie się spotkamy. Nie znalazłem żadnych, wiem tylko tyle, że bez ciebie czuje się jak kundel porzucony w środku lasu. Straciłem tyle lat… Każdy rok był pusty bez ciebie. Minuty mijały mi jak lata, godziny trwały całe epoki, a dni zdawały się być wiecznością. Zapomniałem jak się żyje. Zapomniałem co to życie. Nie wiem ile lat mi zostało, ale wiem, że chce je wykorzystać. Jesteśmy jeszcze młodzi, jeszcze możemy wszystko naprawić, ja mogę to naprawić.... Nie chce już więcej zmarnować żadnego dnia Granger.
Nie była w stanie zapanować nad łzami, które tak uparcie pojawiały jej się przed powiekami. Podszedł do niej odrobinę bliżej, jednak wciąż nie wykonał żadnego pewniejszego gestu. Zupełnie jakby bał się, że dziewczyna zaraz ucieknie, a przecież nie mógł jej stracić. Nie teraz. Drugi raz by tego nie przeżył. 
- Mógłbym oddać dusze diabłu gdyby tylko obiecał, że będziesz znów moja. Mogę zacząć wyznawać każdą religię, modlić się do wszystkich bogów, mógłbym zabić samego siebie za jeden twój pocałunek. Zrobię wszystko by cię odzyskać. Jeśli tylko chcesz tego samego co ja, przyrzekam  ci Granger, że zrobię wszystko byś była przy mnie szczęśliwa. Będę obdarowywał cię najwspanialszymi prezentami chociaż, błagam wybacz mi, nawet nie wiem kiedy są twoje urodziny. Będę spełniał każde twoje marzenia i zachcianki, nawet jeśli w środku nocy każesz mi pójść po piwo kremowe i lody. Nauczę się gotować i sprzątać. Mogę codziennie chodzić z tobą na zakupy i kupować ci setki par butów pasujących do twoich torebek, albo odwrotnie. Obiecuje, że przestane palić, pić i przeklinać. Nigdy nie będę komentował twojej kuchni, chociaż wiem, że okropnie gotujesz. Bedę jadł wszystko co zrobisz, nawet jeśli miałbym po tym umrzeć. Nauczę się słów typu dziękuję i przepraszam. Zacznę jeździć zgodnie z przepisami i nigdy nie przekroczę prędkości. Nigdy nie wyjdę z kolegami do knajpy na ognistą. Będę codziennie do ciebie dzwonić z pracy, a kiedy wyjadę służbowo codziennie będę wysyłać ci bukiety kwiatów i czekoladki. Zamienie dom w schronisko dla zwierząt jeśli chcesz. Zacznę czytać książki i oglądać z tobą komedie romantyczne, a nawet dramaty. Będę pilnować zupy na gazie kiedy wyjdziesz z Ginny na babskie spotkanie. Każdego dnia będę prawił ci komplementy. Zawsze będę zmywał po obiedzie.  Twoi rodzice będą mogli odwiedzać nas codziennie, a gdy się zestarzeją będę mogli mieszkać z nami. Nie będę krytykował Weasley'a za rude włosy, a Pottera za nazwisko. Jeśli zechcesz przefarbuje się na czarno i zapuszczę wąsy. Mogę dla ciebie zmienić nazwisko jeśli to ci się nie podoba. Codziennie będę cię masować i napuszczał wody do wanny. Będę całować całe twoje ciało o każdej porze dnia i nocy. Bedę cię nosić na rękach zawsze kiedy poczujesz się zmęczona. Przyrzekam że poświecę ci całe moje życie i oddam całego siebie. Wiem, że jeśli znów cię stracę coś we mnie umrze i już nigdy więcej niezmartwychwstanie.
Stał tuż przed nią w bezruchu patrząc w jej iskrzące bursztynowe oczy, czekając na jakikolwiek znak, gest czy choćby krótkie słowo. Dziewczyna jednak zawzięcie milczała nie dając mu jakiejkolwiek nadziei na odpowiedź.
- Błagam powiedź coś Granger, chyba właśnie oświadczyłem ci się na milion sposobów. Powiedź mi coś. Cokolwiek. 
Patrzył jej głęboko w oczy jak nigdy bojąc się najbliższych minut, a ona wciąż stała w tym samym miejscu zalewając się nowymi łzami.
- 19 września.
- Co?
- Moje urodziny są 19 września.
Uśmiechnął się do niej rozczulony jej burknięciem. Nie chciała i nie miała odwagi na niego patrzeć. Wiedział o tym, delikatnie i niepewnie złapał za jej podbródek unosząc go do góry, była to niemal jak cicha prośba by na niego spojrzała. 
- Wyglądasz tak pięknie w tej sukni ślubnej.....  Przepraszam, że złamałem daną ci obietnice. Musiałem cię zobaczyć.
Oczarowała go swoich wyglądem. Była jeszcze piękniejsza niż w jego marzeniach. Tonął w jej miodowych zapłakanych oczach. Delikatnie ujął jej niesfornego loka, który nieproszony wysunął się z misternego upięcia i połaskotał ją po zaróżowionym policzku. Dyskretnie założył go za ucho dziewczyny. Pamiętał każdy moment sprzed lat, w którym robił dokładnie tak samo. Mógł tak stać całą wieczność. Byłe tylko była obok i nigdzie już nie odchodziła.
- Nie wybaczyłabym ci gdybyś jej nie złamał. Czekałam na ciebie sześć lat Malfoy. Umarłabym gdybyś kazał mi czekać dłużej..
Spojrzał na nią rozczulonym spojrzeniem i delikatnie ujął jej twarz w swoje dłonie jednocześnie palcami ocierając kolejne łzy spływające z jej policzków. Patrzał na nią z szeroko otwartymi oczami i lekko uchylonymi ustami. Nie miał pojęcia co czuł, ale bez wątpienia było to najpiękniejsze, a zarazem najdziwniejsze uczucie na świecie. Ta chwila była po prostu magiczna i nie chodziło nawet o to, że oboje byli czarodziejami.
- Nawet nie wiesz jak cholernie za tobą tęskniłem.
Szepnął jakby w letargu zatracając się w jej miodowych źrenicach i głębi jej spojrzenia.
- Wiem,  bo ja tęskniłam za tobą tak samo.
Odszeptała cicho próbując się przy tym uśmiechnąć. Spoglądali na siebie w milczeniu, doskonale wiedząc czego chcą od życia, mieli to na wyciągnięcie rąk i ust. Przymknęła powieki nieświadoma, że on zrobił dokładnie to samo. Uśmiechnęła się kiedy poczuła jak połaskotał jej nos koniuszkiem swojego.  Oboje czuli na swoich drżących wargach cząsteczki wzburzonego powietrza wędrującego między ich ustami. Tyle lat  czekali na tą chwilę, a kiedy przyszła nie zamierzali jej przyśpieszać. Czuła jego rozgrzany oddech na swoich wargach i dopiero teraz zrozumiała, że żyje. Gdyby ktoś kiedyś powiedział jej jak silna może być miłość, nie uwierzyłaby. Teraz zrozumiała jak niezniszczalna jest to siła. Teraz kiedy jego obecność była namacalna jak jeszcze nigdy wcześniej zrozumiała, że to dla tej chwili żyła każdego dnia. Teraz nie żałowała już żadnej minuty, żadnego dnia, ani jednej godziny bo wiedziała, że to wszystko prowadziło ją tu, do tego miejsca, tej chwili i do Niego.
Zadrżała gdy niemal niewyczuwanie dotknął jej ust swoimi. I chociaż już kiedyś całował te wargi miał wrażenie, że czuje je na swojej skórze pierwszy raz. Jego serce w końcu wyrwało się z uwięzi, w której tkwiło już od tylu lat. Musnął jej usta jeszcze raz, zupełnie jakby chciał się upewnić, że to jednak nie iluzja, że kasztanowłosa naprawdę tu jest, prawdziwa i tylko jego. Czuł się jakby ktoś wyciągnął go z wody, w której wciąż tonął. Jej obecność była dla niego tak samo niezbędna jak tlen. Jak coś bez czego nie można żyć. Niepewnie ujął jej talie, delikatnie przysuwając do siebie, zupełnie jakby wciąż się bał, że zaraz ją straci. Ona jednak nie chciała uciekać. Z taką samą nieśmiałością jak sprzed sześciu laty położyła swoją dłoń na jego karku przybliżając się do niego tak bardzo jak to było możliwe. Zupełnie jakby chciała by ta miłość ją wchłonęła. Całą, do utraty tchu.
 Ich pocałunek początkowo był delikatny i czuły jakby to był ich pierwszy raz.  Chwilę później kiedy już cały ten mur niepewności i dystansu prysł ich pocałunek stał się namiętny jak jeszcze nigdy wcześniej, wyrażający wszystkie myśli i uczucia, których przecież było tak wiele. Objął ją pewniej, ona mocniej ujęła jego szyję pogłębiając przy tym pocałunek. Zupełnie jakby chciała mu pokazać, że już go nigdy więcej nie puści. Był jej. Ona była jego. Odzyskali siebie. Tylko to było ważne. Tylko to się liczyło. Że znowu mieli się dla siebie. 
Ludzie zebrani w parku zareagowali gwizdami i oklaskami sprawiając, że na ich twarzach pojawiły się uśmiechy, chociaż ich usta wciąż były złączone w pocałunku.
Nie widzieli jedynie reakcji przyjaciół, którzy przecież słyszeli i widzieli wszystko co między nimi zaszło tego popołudnia.
Nie wiedzieli jak Ginny płacze szczerze i rzewnie. Nie widzieli również, że chwilę później, choć uparcie próbował się przed tym bronić dołączył do niej Blaise. Nie mogli wiedzieć, że Ron zemdlał. Nie spodziewali się, że Harry wyrwie z rąk chłopaka siedzącego na ławce obok tanie wino i dopije je do końca. 
Świat naokoło nie istniał. Nie w tej chwili. Nie broniła się kiedy arystokrata złapał ją pewniej i podniósł do góry. Zaśmiała się spoglądając w jego oczy. To co w nich ujrzała sprawiło, że stała się najszczęśliwszą kobietą na świecie. Miłość w jego oczach rozpalała  i zalewała jej ciało wraz z duszą. Jeszcze nigdy nie widziała by chłopak tak szczerze i pięknie się uśmiechał, nawet jego oczy błyszczały radosnymi iskrami szczęścia. Miała wrażenie, że śni. I nawet jeśli, to zabiłaby każdego kto by ją obudził. Objęła jego kark i spojrzała na niego z ni to zadziornym ni skruszonym spojrzeniem i błyskiem w oku. 
- Kochasz mnie Malfoy?
- Jak cholera.
Jego uśmiech i pocałunek był dla niej wystarczającą odpowiedzią.
- Ale ostrzegam Granger, nadal jestem tym Ślizgonowatym dupkiem.
- To dobrze Malfoy. To w tym dupku się zakochałam.
Zaśmiał się komentując jej wypowiedź i fakt, że wciąż mówili do siebie po nazwisku. Miało to jednak ten urok, który tak bardzo przypominał im to co działo się między nimi w czasach Hogwartu. Wiedzieli, że w końcu zaczną mówić sobie po imionach, ale jeszcze nie teraz. Nie dzisiaj. 
Delikatnie postawił ją z powrotem na ziemi, jednak nie zamierzał wypuszczać ze swych objęć. Nie zrobił tego nawet wtedy kiedy przybiegła reszta dawnej paczki z Hogwartu.
- Miona?! Draco?! Wy?! Razem?! Jak to się stało?!
Krzyk trzymającego się za potylice Rona wypełnił cały plac zdradzając wszystkim naokoło gdzie są dawni wrogowie z Hogwartu i w dodatku w jakiej dwuznacznej sytuacji. Mimochodem odsunęła się od Malfoy’a kiedy zdała sobie sprawę, że wszystko widzieli i słyszeli, a przecież o niczym nigdy im nie powiedziała. Trochę spłoszona krzykiem i wyczekującym wzorkiem swojego rudowłosego przyjaciela, któremu towarzyszył równie zdezorientowany i żądający odpowiedzi Wybraniec, wzruszyła niepewnie ramionami.
- Niechcący.
Nim byli Gryfoni zdołali powiedzieć coś jeszcze, wzrok Hermiony i Dracona powędrował na rodziców dziewczyny, którzy szli w ich stronę. Nim kasztanowłosa zdołała zareagować jej ojciec podał dłoń arystokracie, który również odwzajemnił ten gest.
- Miałem nadzieję, że to będziesz ty.
Głos jej taty i przytakujący uśmiech mamy sprawił, że grunt osunął jej się pod stopami. Spojrzała raz na swoich rodziców, raz na Dracona, na którego twarzy wciąż widniał specyficzny uśmiech, którego nie umiała określić, zupełnie jakby to nie było ich pierwsze spotkanie.
- Tato? Mamo? Wy się znacie?
- To długa historia.
Uśmiech mamy sprawił, że zdezorientowała się jeszcze bardziej. Nie dane jej jednak było drążyć tematu. Tata spojrzał na nią z uśmiechem. 
- Wydaje mi się, że będziesz miała całe życie na to żeby ci ją opowiedział.
Nie skomentowała tych słów i tej sytuacji. Nieobecny wzrok skierowała w dal, a jej uśmiech został zastąpiony łzami. Bez słowa odeszła od przyjaciół i rodziców zostawiając nawet zaskoczonego Malfoy’a. Zrównała się z idącym do niej brunetem, nie mogąc pozbyć się okropnych wyrzutów sumienia i chociaż zawsze miała wiele do powiedzenia, teraz nie potrafiła wydusić z siebie żadnego sensownego słowa.
- Rick ja..
- Nie Miona, nic nie mów.... Zawsze wiedziałem, że twoje serce nie należy do mnie. Wiedziałem, że był ktoś inny, ale nigdy bym nie pomyślał, że to będziesz ty Draco.
Mówiąc to spojrzenie z dziewczyny przeniósł na arystokratę, który w tym samym momencie zrównał się ramionami z kasztanowłosą. Rick spojrzał na niego uważnie, jakby analizował czy aby na pewno Malfoy jest jej wart.
- Dbaj o nią Draco. To cudowna kobieta, a ty jesteś jej wiele winien.
Zdziwił się kiedy były Krukon wyciągnął w jego stronę dłoń. Odwzajemnił ten gest. 
- Dzięki Rick.
- Odbiłeś mi narzeczoną, ale przynajmniej podziękowałeś. Cholera. Chyba faktycznie się zmieniłeś.
Hermiona spojrzała na byłego Krukona z czułością. Nie potrafiła nawet ująć w słowa jak bardzo była mu wdzięczna, za wszystko, za to kim dla niej był, jak długo i co dla niej zrobił. Żałowała, że nie potrafiła odwzajemnić tej miłości, widziała jednak, że nie miał o to do niej żalu. Podświadomie zawsze wiedział, że Hermiona nie jest mu przeznaczona, nie potrafił jedynie sam z niej zrezygnować.
- No cóż. Na mnie już czas, za godzinę mam samolot do Szkocji.
Uśmiechnął się do niej subtelnie, jakby ostatni raz niemo pytając się jej czy jednak nie poleci z nim. Bez słowa delikatnie ściągnęła z palca pierścionek zaręczynowy składając na nim subtelny pocałunek i wkładając go w dłonie bruneta. Nie puściła ich jednak od razu. Spojrzała mu w oczy, nie potrafiąc powstrzymać łez wzruszenia.
- Dziękuje Rick. Za wszystko.
Uśmiechnął się do niej delikatnie, mocniej ściskając jej dłonie w swoich.
- Żegnaj Hermiono, zawsze będziesz moją maleńką.
Szepnął cicho pochylając się nad nią i delikatnie całując ją w czoło. Przymknęła przy tym powieki, pozwalając by kilka perłowych kropel rozbiło się o brukowy chodnik. Nie rozumiała swoich uczuć, nie kochała go, a jednak nie potrafiła go pożegnać. Czując jak chłopak rozluźnia swój uścisk wypuściła jego dłonie ze swoich obserwując jego ostatni uśmiech zrozumienia i oddalającą się sylwetkę. Jej wzrok wędrował za nim nawet wtedy kiedy już zniknął zza wieloma ścieżkami i drzewami.
Dopiero kiedy poczuła na sobie dłonie Dracona obudziła się z dziwnego letargu. Spojrzała na niego z niepewnością, jednak kiedy zobaczyła na jego twarzy delikatny uśmiech, również się uśmiechnęła. 
Tą patetyczną chwilę przerwał rudowłosy przedstawiciel rodziny Weasley’ów, który zrównał się z nimi ramionami. Nie zamierzał odpuszczać tematu, który nie da mu spać przez najbliższe sto dni. Stał jak w amoku, unosząc dłonie w geście niezrozumienia patrząc raz na swoją przyjaciółkę, a raz na swojego nota bene szefa.
- Do cholery  jasnej. Kiedy to się zaczęło?!
Malfoy od niechcenia wzruszył ramionami, spoglądając na stojącą obok niego Hermione, odpowiadającą mu ciut zadziornym uśmiechem. Zupełnie jakby sama czekała na odpowiedź chłopaka.
- Chyba jak zacząłem uczyć ją na mecz qudditcha.
- Co?! To ty ją uczyłeś?!
Szok i niedowierzanie Wealsey’a zdawały się być widoczne jak jeszcze nigdy przedtem. Z kolei Wybraniec stał obok z dziwnym zamyśleniem drapiąc się po krótkim zaroście.
- Wiedziałem, że jej technika zdawała się być dziwnie znajoma.
Tego dla Rona Weasley’a było za wiele, odwrócił się nerwowo w stronę przyjaciela, ledwo powstrzymując się by nie zdzielić go z liścia.
- Harry do chuja, dlaczego jesteś taki spokojny?! Malfoy miał romans z naszą Hermionką w Hogwarcie za naszymi plecami, a ty z jakąś techniką latania wyjeżdżasz?!
- Uspokój się!
Interwencja Ginny i jej pokazowe trzaśnięcie brata w i tak bolącą już potylice podziałało. Hermiona ignorując sprzeczkę przyjaciół i śmiejącego się Zabiniego spojrzała na Malfoy’a obejmując go delikatnie w pasie.
- I co teraz?
W odpowiedzi wzruszył lekko ramionami.
- Nic. Będziemy żyć długo i szczęśliwie.
 -Tak myślisz?
- Tak. Wystarczy, że będziesz obok. 

(...)

____
______________
A więc to już koniec.
Czy tylko mnie coś ściska w klatce piersiowej, czy Was też?
Może to nic takiego. Może mam tylko palpitacje serca.

Miał być drugi tom, jeszcze bardziej zawiły niż ten pierwszy. Miało być wiele poruszonych starych wątków i wydarzeń. Miał pojawić się temat rodziców Hermiony. Granger miała być z Malfoy’em. Miała być zagadkowa śmierć Dumbledore’a, rozwinięcie wątku Dziedzica Merlina, powrót Matta, pojawienie się syna Dumbledore’a, wątek ojca Malfoy’a w Azkabanie, relacje Dracona z Narcyzą po zdradzie Voldemorta, miała być ciąża i porwanie Hermiony. Miało być wiele rzeczy, chyba nawet zbyt wiele. Zabrakło czasu i sił.  

Tak zatem kończę tę opowieść, na rozdziale 50 z niedokończonymi wątkami i otwartymi pytaniami. Jak by było gdybym pisała dalej? Na to już musicie odpowiedzieć sobie sami.

* W ramach tego, że pojawiły się zapytania o to „kim do cholery jest Rick” przypomnę, że jego postać pojawiła się w rozdziale 32 i 44.


Dzisiaj się z Wami żegnam, dlatego nota końcowa jest prawie tak długa jak pierwszy rozdział. Musicie mi to wybaczyć, to przez sentyment do Was i tej historii.
Wątpię bym jeszcze kiedyś tu wróciła. Wcześniej chciałam i byłam pewna, ze mimo zakończenia historii dalej będę tu zaglądać i poprawiać oraz rozbudowywać początkowe rozdziały, dzisiaj już nie jestem tego taka pewna. Przestałam żyć tym opowiadaniem. Już nie jest nieodłączną częścią mojego życia, są takie dni i tygodnie kiedy nawet o nim zapominam. Długo się przed tym broniłam, ale chyba taka jest już kolej rzeczy. Trzeba tylko wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym, jak to polski zespół śpiewał. Dzisiaj właśnie schodzę. Nie proście o bis.

Nie do końca jestem zadowolona z samego rozdziału. Mam wrażenie, że stać mnie było na więcej, na ładniej zbudowane zdania, lepiej rozbudowane opisy i dialogi, ale nie podołałam. Niby mogłabym go jeszcze poprawiać, ale nie chciałam już dłużej zwlekać z publikacją i tak wystarczająco się naczekaliście, a mi zależało mi na tym żeby rozdział opublikować jeszcze w 2016 roku.

Samo zakończenie nie jest w stylu, który wyznawałam, nie jest też takie jak planowałam. Wprost przyznam, że miało nie być tak szczęśliwie i kolorowe, ale gdy kilka miesięcy temu podczas przeprowadzki znalazłam szkic z Hermioną uciekającą sprzed ołtarza, niezdarnie napisany w 2008 roku na tyle zeszytu od matematyki, z której przez brak skupienia na lekcji miałam same dwóje, zrozumiałam że nie mogę zakończyć tej historii inaczej niż właśnie w ten sposób. Nie byłabym spełniona gdyby zakończenie wyglądało inaczej. Mam nadzieję, że to zrozumiecie, nawet jeśli Was tym rozczarowałam.  

Wiem, że Wam zakończenie może wydawać się banalne i zupełnie nie pasujące do całości, ale dla mnie to coś więcej. Dla mnie to kwintesencja całej tej przygody, która zaczęła się przecież ponad osiem lat temu.  Dorastałam razem z tym blogiem i jego czytelnikami. Wiele wydarzyło się przez ten czas. Zdążyłam pochować przyjaciółkę, która zginęła w wypadku nim skończyła 18 lat, zdążyłam odczuć zdradę pierwszego chłopaka, którego kochałam nad życie i czasem zdaje mi się, że nadal coś do niego czuje, zachorowałam na rzadką chorobę, z której wciąż próbuje się wyleczyć, ktoś obcy kiedyś okrutnie mnie skrzywdził, zostawiając bliznę na całe życie. Dużo zawiłych dróg przeszłam w życiu, wiele doświadczyłam i wiele emocji w sobie tłumiłam. Nie znacie mnie od tej strony. Dla Was jestem tylko autorką bloga, która zawsze spóźniała się z terminami publikacji, ale te osiem lat to coś więcej niż rozdziały trzy razy w roku. Dla mnie to kawał chaotycznego życia, które w jakiś sposób mija wraz z tym opowiadaniem. Kończę tę historię, tak samo jak chce skończyć pewien okres w moim życiu. Teraz jestem już dorosła, pogodziłam się z odejściem innych, skończyłam studia, znalazłam dobrą pracę, polepszył się stan mojego zdrowia, odnalazłam miłość, planuje ślub, chce zostać mamą i założyć rodzinę. Jestem szczęśliwa i szczęśliwie kończy się również moje opowiadanie.


Ponad osiem lat, 50(+1) rozdziałów i cały mój świat wywrócony o 360 stopni. Zatoczyłam krąg.  Zaczynałam pisać jako radosna, ciut szalona nastolatka, by po drodze doświadczyć wiele przykrych i zawiłych momentów, kończąc jako w pełni szczęśliwa i spełniona kobieta. Wy również walczcie z przeciwnościami losu i nie zapomnijcie o uśmiechu, bo czasem to właśnie on wszystko zmienia. A jeśli będziecie mieli doła to przeczytajcie sobie Kac Hogwart i wyobraźcie sobie mnie jak plułam ze śmiechu na monitor gdy go wymyślałam. To były piękne czasy, a pisanie sprawiało mi ogromną przyjemność. Chyba zresztą w tym okresie tworzyłam najlepsze rozdziały. Uśmiech nie schodzi mi z twarzy gdy o tym pomyślę. Zresztą to właśnie konstruowanie tych zabawnych dialogów i opisów sprawiało mi największą frajdę.


Nigdy nie myślałam o tym w taki sposób, ale gdy pisze te pożegnalne słowa zrozumiałam jak wiele mnie samej jest w tym opowiadaniu. To nawet trochę przerażające. Ach, rozgadałam się, znaczy rozpisałam, nie ważne zresztą.  Chyba wyprułam z siebie jakieś gorzkie wnętrzności, a wcale nie chciałam tego robić. Cieszę się, że tu pozostałam anonimowa, a o tym, że prowadzę bloga nie wie nikt mi bliski. To chyba będzie jedna z nielicznych, tak skrzętnie skrywanych przeze mnie tajemnic, które zamierzam zabrać ze sobą na drugą stronę, gdy już przyjdzie na mnie pora i gdy zakończy się moja własna historia.


Bez względu na wszystko myślcie o mnie ciepło bo ja tak właśnie będę wspominać tą stronę i ludzi, których przez nią poznałam oraz tych którzy w jakimś stopniu poznali mnie. 

Jeśli są tu osoby, które były ze mną od początku, od 16.08.2008 roku kiedy opublikowałam pierwszy rozdział chciałabym żebyście wiedzieli, że o Was myślę szczególnie. Dorastaliście razem ze mną i tą historią. Tak jak ja na pewno przeżywaliście swoje własne wzloty i upadki. Na pewno wiele się u Was wydarzyło. Mam tylko nadzieję, że jesteście szczęśliwi, a życie ułożyło się po Waszej myśli.

Gorąco pozdrawiam osoby, z którymi wymieniałam listy, maile i esemesy.

Dziękuję z całego serca odwiedzającym, śledzącym oraz komentującym moją stronę. Chyba nigdy nie dowiecie się jak wiele znaczyły dla mnie Wasze słowa zadowolenia, rozbawienia, uznania, wdzięczności i otuchy. Zwłaszcza w te gorsze dni. Dziękuję również za słowa krytyki, przez które choć często nie mogłam spać w nocy, myślę że w obecnym życiu uczyniły mnie w pewnym stopniu lepszą i silniejszą. Nigdy nie prosiłam Was o komentarze, ani reklamowanie mojego bloga na innych stronach, dlatego doceniam wszystkich tych, którzy robili to z własnego przekonania. To już ostatni rozdział i moje pożegnanie z Wami, będzie mi tym bardziej miło jeśli i tym razem zostawicie po sobie ślad, ten ostatni już raz.

Cieszę się, że udało mi się osiągnąć tyle w blogowym świecie. Ponad milion wyświetleń, kilka tysięcy komentarzy, 300 obserwatorów, wiele wzmianek o mnie na innych blogach, parę nominacji i kilka miejsc w czołówce na najlepsze opowiadanie miesiąca według Stowarzyszenia DHL. Kiedy zaczynałam pisać nawet nie marzyłam o tym wszystkim. Rozpiera mnie duma, a jednocześnie wdzięczność, że tak doceniliście mnie i to opowiadanie.


W ramach ciekawostki zdradzę, że najczęściej wyświetlanym rozdziałem był [40.] Tajemnica Dagurtar cz3, a najwięcej komentarzy zebrał [45.] Dotyk przeznaczenia.  


Mogłabym napisać tu wiele rzeczy. Podświadomie jeszcze nie chce się z Wami żegnać, jeszcze coś mnie tu trzyma. Wiem, że muszę tylko opublikować ten rozdział i wyłączyć laptopa, ale ten mały gest wydaje mi się okrutnie ciężki do wykonania.  Czasem te najmniejsze kroki stawia się najciężej. 

Teraz, po tych wszystkich latach to wiem. 
Nie będę przedłużać, muszę skończyć teraz bo im dłużej będę zwlekać  tym będzie mi trudniej. Już teraz ciężko mi się oddycha. Uff… Jeden oddech, drugi…. Czas się z Wami rozstać.

Żegnajcie kochani.

Niech Wam się dobrze wiedzie w życiu. Kochajcie i dajcie się kochać innym.
Spełniajcie swoje marzenia i korzystajcie z życia, nie róbcie jedynie tego kosztem innych. 
Nie przejmujcie się popełnianymi błędami i porażkami. 
Wierze, że nasz prywatny wszechświat składa się nie z wiedzy, nie z pieniędzy i sławy, ale z osób, które są przy nas zawsze wtedy gdy tego najbardziej potrzebujemy. 
Doceniajcie ludzi naokoło. Odczytujcie znaki na drodze, którą obierzecie i wypatrujcie na niej swojego przeznaczenia. Tylko nie biegnijcie za szybko, żeby w tej całej pogoni za nowoczesnym światem przypadkiem nie ominąć miłości swojego życia. I nigdy nie zapomnijcie tego co jest dla Was najważniejsze w życiu. Dla mnie jest to miłość, w najbanalniejszym, a jednocześnie najpiękniejszym tego słowa znaczeniu - miłość i obecność kogoś kogo lubię, gdy jest obok. Co jest najważniejsze dla Was? Zdecydujcie i dążcie tą drogą. Bo przecież wszyscy zasługujemy na to by nasze historie zakończyły się szczęśliwie.

Szczęśliwego Nowego Roku. Niech dla Nas wszystkich będzie lepszy od tego, który mija.

Ściskam Was wszystkich i pozdrawiam całym, drżącym z emocji sercem.
Naciskam klawisz publikuj.
Czuje się spełniona.
Dziękuję.
Żegnajcie.
Wasza Icamna.